Western jakiego nie znacie- recenzja filmu Psie pazury

Większość osób kojarzy western ze strzelaninami, pościgami, kowbojami ratującymi panienki czy powstrzymującymi rabusi. Gatunek ten pełny jest jednak również innych historii, skupionych bardziej na ludzkich tragediach oraz ich emocjach. Wśród filmowych nowości tytułem, który wpisuje się w ten drugi nurt jest nagrodzona trzema Złotymi Globami produkcja Netflixa, pt. Psie pazury.

Na początek warto podkreślić, że film w reżyserii Jane Campion jest adaptacją powieści The Power of the Dog autorstwa Thomasa Savage’a. Jest to o tyle istotny fakt, że oglądając kolejne fragmenty filmu, szybko rzuca się nam w oczy narracja niczym z książki amerykańskiego pisarza.

Ludzkie relacje na Dzikim Zachodzie

Psie pazury przedstawiają nam historię dwóch braci, Phila i George’a Burbanków, którzy prowadzą ranczo w Montanie. Pierwszy jest ranczerem z krwi i kości, zajmuje się bydłem, wydaje się być urodzonym liderem, jest twardy, uparty, nie chce się myć. Drugi z kolei pełni w rodzinie bardziej reprezentatywną rolę. Można odnieść wrażenie, że nie pasuje do miejsca, w którym się znalazł. Sprawia wrażenie bardzo powolnego, może wręcz opóźnionego.

Braci łączy dziwna relacja. Ciężko stwierdzić czy się szanują, czy może mają siebie dość. Żyją w różnych światach, choć te światy wciąż się przenikają. Wszystko zaczyna się zmieniać gdy George poznaje kobietę, którą zamierza uczynić swoją żoną. Jej pojawienie się w domu Burbanków napędza historię opowiedzianą przez reżyserkę. Rose nie jest mile widziana przez Phila, który stara się złamać jej ducha. Jednocześnie, dowiadujemy się, że bohater skrywa pewną tajemnicę i zastanawiamy się jaki wpływ ma ona na jego zachowanie.

Psie pazury, to film specyficzny. Specyficzne jest jego powolne tempo oraz atmosfera, która wprowadza niepokój. W sumie nie dzieje się tu zbyt wiele, a jednak z wielką uwagą przyglądamy się złośliwemu Philowi, zapijającej się Rose, czy jej ambitnemu synowi, studentowi medycyny. Widz nie zdaje sobie sprawy w jakim kierunku dąży ta historia, ale skupiając się na szczegółach zaczynamy dostrzegać ukrytą prawdę, kim jest Phil Burbank i dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej.

Psie pazury czyli Cumberbatch walczy o Oscara

W roli głównej zobaczycie Benedicta Cumberbatcha, co samo w sobie jest dobrą zachętą do obejrzenia filmu. Brytyjski aktor spisuje się fantastycznie. Generalnie, kojarzę go raczej z ról, w których trzymam kciuki za odgrywaną przez niego postać. W przypadku Psich pazurów jest jednak zgoła inaczej. Phil to gość, którego naprawdę ciężko polubić. Dopiero z czasem, gdy dostrzegłem jak złożoną jest osobą, co ukrywa i z czym walczy poczułem, że chciałbym dla niego happy-endu.

W filmie zobaczycie również Kirsten Dunst, Jessego Plemonsa i Kodiego Smit-McPhee, w głównych rolach. Prezentują się poprawnie, ale w sumie szału nie ma. Po części wynika to z faktu, że niektóre wątki wydają się tutaj być niepełne. Z początku wydawało mi się, że Psie pazury skupią się na relacji braci, ale ta historia w pewnym momencie się urwała. Z kolei syn Rose Peter w pewnym momencie zupełnie znika by powrócić w najważniejszym fragmencie produkcji gdy zdążyliśmy już o nim zapomnieć. Historia jest tu według mnie nie pełna, choć dostrzegam tu potencjał na o wiele ciekawsze doświadczenie.

Jeśli chodzi o największe pozytywy filmu Jane Campion, to oprócz roli wspomnianego Benedicta Cumberbatcha do plusów należy zaliczyć zdjęcia i muzykę. Połączenie tych dwóch elementów nie tylko pozwala nam stać się częścią amerykańskiej ziemi w latach 20. ubiegłego wieku. Razem tworzą unikalny, oryginalny klimat. Ścieżka dźwiękowa sama w sobie potrafi wywoływać skrajne emocje, raz wywołując ciarki i zwiastując coś bardzo złego, a kiedy indziej wprowadzając widza w atmosferę wyciszenia, spokoju, jedności z naturą. Za zdjęcia odpowiada pani Ari Wegner, a muzykę Jonny Greenwood, który dla mnie jest jak na razie faworytem w Oscarowym wyścigu.

Podsumowanie

Choć Psie pazury, to kolejna świetna kreacja Cumberbatcha, ciekawy klimat, piękne zdjęcia i muzyka, to film nie należy do najłatwiejszych i najprzyjemniejszych w odbiorze. Jest tutaj sporo momentów przestoju, które potrafią widza po prostu znudzić i odwieść od dalszego oglądania. Doceniam historię Phila Burbanka, to w jaki sposób film wybija się z westernowego stereotypu i w zupełnie innym świetle ukazuje nam życie mieszkańców już nie tak Dzikiego Zachodu, a przede wszystkim ich wewnętrzne przeżycia, rozterki i problemy takie z jakimi zmagamy się także my. Polecam jednak mnóstwo skupienia i cierpliwości gdyż chwilami monotonne tempo akcji może uśpić największego byka.

Zdjęcia: Netflix

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s