Choć w 2021 r. najbardziej wyczekiwanym musicalem było zdecydowanie West Side Story w reżyserii Stevena Spielberga, to gdzieś w cieniu wielkiej produkcji pojawił się tytuł wręcz magiczny. Sylwetka człowieka pełnego pasji, niepoddającego się w swoich dążeniach do osiągnięcia sukcesu skradła moje serce bardziej niż Maria. Oto dlaczego.

Gdy w listopadzie na Netflix miał premierę film tick, tick… BOOM! z Andrew Garfieldem w roli głównej nie oczekiwałem zbyt wiele. Jako, że produkcja była jednak mocno promowana, z czasem bardziej się nią zainteresowałem. Opowiada historię Jonathana Larsona, kompozytora teatralnego, który za wszelką cenę pragnie wystawić swój musical na Broadwayu i osiągnąć sukces nim skończy 30 lat.

Film został oparty na spektaklu autorstwa Larsona, w którym opowiadał on o swoich doświadczeniach i przeżyciach związanych z pracą nad musicalem Superbia. Reżyser Manuel Lin-Miranda przedstawia wzloty i upadki niezwykle charyzmatycznej, optymistycznej i pełnej energii osoby, która jednak ma swój punkt krytyczny.

Niby nic nowego, a wciąga

tick, tick… BOOM! to niezwykle ciepła i pełna nadziei historia o dążeniu do realizacji swoich wymarzonych celów. Film to prawdziwy one-man show w wykonaniu Andrew Garfielda. Widać, że oddał się roli całym sobą. Widzom udziela się jego entuzjazm i nieprzejednany charakter, dzięki czemu podróż przez ten krótki wycinek z życia Larsona tak bardzo nas wciąga.

Z pozoru produkcja Netflixa to tylko jedna z wielu podobnych opowieści o artystach, którzy zawsze marzyli o przeniesieniu się do Nowego Jorku i osiągnięciu sukcesu. Mogłoby zatem wydawać się, że seans będzie przewidywalny i niczym nas nie zaskoczy. Nie moglibyśmy być jednak bardziej dalecy od prawdy. Wszystkie osoby zaangażowane w projekt postarały się byśmy poczuli, że Jon to ktoś niesamowity, że jego życie jest warte poznania i zagłębienia się w nie. Są tu oczywiście elementy znajome, np. artysta ponosi porażkę i już chce się poddać, ale tego nie robi, przez jego pasję w końcu cierpią najbliżsi, aż w końcu bohater odnosi sukces, choć nie jest nam dane w pełni tego zobaczyć.

tick, tick… BOOM! czyli Andrew Garfield zgłasza się po Oscara

Nie bez powodu Andrew Garfield został za swoją rolę w filmie nagrodzony Złotym Globem. Jest po prostu zachwycający. Jeśli do tej pory nie wierzyliście w talent Brytyjczyka, to po obejrzeniu tick, tick… BOOM! z pewnością zmienicie zdanie na jego temat. Choć obsada nie jest pełna wielkich gwiazd, to ma się wrażenie, że każdy aktor i aktorka jest tu na swoim miejscu. Prócz Garfielda na ekranie zobaczycie m. in. Vanessę Hudgens, Alexandrę Shipp, Robina de Jesusa, czy Bradleya Whitforda.

Przy filmie można świetnie się bawić. Wytańczyć się po wsze czasy, śpiewać razem z bohaterami i niejeden raz się uśmiać. W odpowiednich chwilach tick, tick… BOOM! potrafi jednakże zagrać bardziej dramatyczne nuty. Opowiada bowiem nie tylko o marzeniu, ale również o miłości, przyjaźni. Przede wszystkim odczułem, że tytuł ten skłania nas do spojrzenia w lustro, zastanowienia się nad tym czy nasze dążenie do sukcesu nie ma miejsca kosztem osób, które kochamy i czy nie należy czasem nieco zmodyfikować swoich priorytetów.

Podsumowanie

Jeszcze długo po obejrzeniu filmu zastanawiałem się dlaczego Jon nie potrafił odpuścić. Dlaczego był tak uparty, pracując nad swoim musicalem. Byłem zdziwiony, że tak inteligentny, utalentowany i po prostu porządny facet nie był w stanie od czasu do czasu przystopować, nabrać dystansu do swojej artystycznej pracy. Przecież gdyby zwolnił choćby na chwilę i skupił się na zdobyciu lepszej pracy, płaceniu rachunków i dbaniu o przyjaciół i ukochaną, jego Superbia nigdzie by nie uciekła. Film doskonale pokazuje jak cienka jest granica między tymi dwoma aspektami życia bohatera.

Nawet się nie obejrzałem, a finał tick, tick… BOOM! był już za mną. Ten pełny nadziei film stara się powiedzieć nam, że nie warto rezygnować z marzeń, z tego co kochamy w życiu. Choć nie każdy z nas osiągnie sukces, to lepiej zginąć próbując niż poddać się bez walki. Historia jest prosta i znajoma, ale fantastyczny popis aktorski Andrew Garfielda i świetna muzyka czynią seans produkcji Netflixa przeżyciem, którego musicie doświadczyć.

Zdjęcia: Netflix

Leave a Reply

%d bloggers like this: