W końcu nadszedł czas dowiedzieć się, czy Takemichi ocali Drakena i zmieni przyszłość, czy może mu się nie powiedzie. W grę wchodzi wiele zmiennych, Draken został dźgnięty, nasz bohater jest wyczerpany, a wkoło trwa walka gangów. Czas na najnowszy, czwarty już tom mangi Tokyo Revengers.

Punkt kulminacyjny długo rozwijanego wątku śmierci Drakena w końcu nadszedł. Autorowi udawało się wodzić czytelnika za nos i podsuwać kolejne możliwości zakończenia tego fragmentu historii. Musiał jednak nadejść moment, w którym akcja mangi ponownie ruszy do przodu i tak właśnie jest w przypadku nowego tomu Tokyo Revengers.

Chyba nikt z nas nie spodziewał się, że Draken faktycznie umrze, prawda? To jedna z moich ulubionych postaci tej historii i jest zdecydowanie zbyt wcześnie by się jej pozbywać. Do tego samego wniosku musiał dojść Ken Wakui, który bohatera nie oszczędzał, ale ostatecznie zachował przy życiu. Jak jednak zdążył przyzwyczaić nas ten tytuł, nawet jeśli Takemichi osiągnie jakiś sukces, to przyszłość wcale nie musi zmienić się tak jak by to sobie wyobrażał.

Takemichi po raz kolejny pokazał, że w ciele słabeusza i tchórza kryje się odważne serce i to właśnie jego siła woli i chęć ochrony najbliższych pozwoliła mu przetrwać. Kolejna część jego misji się powiodła. Draken przeżył, a nasz główny bohater powoli zaczyna stawać się popularny. Sodówka troszkę uderza mu do głowy, ale zawsze w pobliżu jest ktoś kto szybko sprowadza go na ziemię.

Po dłuższej przerwie wracamy do czasów teraźniejszych. Obserwujemy jaki wpływ na ten okres miały poczynania Takemitchy’ego w przeszłości. Jak zawsze autorowi udaje się nas zaskoczyć. Pozwala nam odpłynąć w błogi stan radości w jakim znajdują się bohaterowie. Całkowicie zapominamy o tym, że rozwijająca się przed naszymi oczami historia dotyczy bezwzględnych gangów.

Czwarty tom Tokyo Revengers to emocjonalny roller-coaster. Od łez smutku, przez łzy radości by ponownie rozpaczać nad losem Takemichiego, Hiny i reszty postaci. Czasami odnosimy wrażenie że tkwimy w pętli, której nigdy nie uda się przerwać, ale są momenty gdy autor daje nam nadzieję i jest to jeden z tych elementów mangi, który skłania nas do dalszego jej czytania.

Po raz kolejny zostajemy uraczeni świetną, trzymającą w napięciu historią, doskonałymi, pełnymi emocji walkami, ale także dużą dawką humoru. Uwielbiam detale, do których Ken Wakui niewątpliwie przywiązuje dużą uwagę. Gdzieś w tej całej brutalnej walce gangów mamy Takemichiego w koszulce z napisem LOVE & PEACE.

Kreska z każdym tomem staje się coraz pewniejsza, wizerunki postaci oraz otaczający ich świat coraz bogatsze i dokładniejsze. Czuć, że autor wie co robi, wie w jakim kierunku zmierza i ma całą historię dobrze zaplanowaną. Już nie mogę się doczekać co przyniesie kolejny tom Tokyo Revengers.

Leave a Reply

%d bloggers like this: