Wydaje mi się, że nie ma drugiej postaci w popkulturze, która tak bardzo działa na wyobraźnię aktorów, reżyserów, scenarzystów oraz widzów jak Batman. Bohater, który zadebiutował na łamach Action Comics w 1939 r. powraca z nowym wcieleniem. Za sterami widowiska staje Matt Reeves, a Mrocznym Rycerzem staje się Robert Pattinson. Film nazywa się po prostu The Batman.

Pierwszym filmem jaki widziałem w kinie był Batman i Robin Joela Schumachera. Udało mi się go obejrzeć mimo faktu, iż miałem raptem sześć lat, a kolorowa i wieloma miejscami kiczowata fabuła wówczas bardzo mi się spodobała. Co jednak najważniejsze, moją wyobraźnią zawładnął milioner, który zamiast korzystać z życia i wydawać kasę na co tylko chce walczy z przestępczością.

Moje uwielbienie Batmana nie skończyło się jednak na jednym filmie. Na szczęście dla mnie, w latach 90. polska telewizja transmitowała genialny serial animowany o przygodach superbohatera. Później w moim życiu pojawiły się komiksy, a następnie przyszła pora na kolejne animacje i kolejne filmowe wersje Mrocznego Rycerza. Jednakże, to właśnie The Batman jest pierwszą produkcją o „człowieku nietoperzu”, której oddałem się w 100%.

Przejdźmy już do samego filmu. Jego akcja toczy się w Gotham City na przestrzeni pierwszego tygodnia listopada. Tajemniczy Riddler zabija najważniejsze osoby w mieście. W śledztwo policji prowadzone przez Jima Gordona angażuje się samozwańczy mściciel Batman. Kolejne zagadki prowadzą go do kolejnych ofiar oraz do odkrycia przed światem zniszczenia, nepotyzmu i korupcji, które zjadają miasto od środka. Czy bohaterowi uda się powstrzymać szaleńca i uratować Gotham przed zatraceniem? Na to pytanie znajdujemy odpowiedź w produkcji studia Warner Bros.

Batman ma tutaj być nie tyle mścicielem, czyszczącym ulice z przestępców, ale ma być symbolem. Symbolem, którego wszyscy kryminaliści będą się bać zanim nawet pomyślą o kradzieży, rozboju, czy morderstwie. Wyłaniająca się z ciemności postać i towarzyszący jej powolny stukot butów niczym u samotnego rewolwerowca jest mroczna, brutalna i przerażająca. Na pytanie kim jest odpowiada „Jestem zemstą”. Taki początek krucjaty Mrocznego Rycerza namalował nam Matt Reeves.

The Batman to pierwszym film, który pokazuje nam głównego bohatera w roli detektywa. Wraz z kolejnymi scenami miłośnicy postaci stworzonej przez Boba Kane’a i Billa Fingera dostrzegą inspiracje chociażby takim tytułem jak The Long Halloween, ale także seryjnym zabójcą Zodiakiem, kinem noir, czy poprzednimi produkcjami z franczyzy. Dla mnie jest to najmroczniejsza i najbardziej klimatyczna, trzymająca w napięciu i niepewności iteracja Mrocznego Rycerza.

Fantastyczny klimat filmu jest budowany poprzez mrok. Bardzo spodobał mi się fakt, że Batman niemal nieustannie działa i to działa w mroku. Ta symbolika jest przez reżysera wielokrotnie powtarzana choćby w świetnej scenie walki, w której bohatera widzimy w spowitym ciemnością korytarzu jedynie za sprawą wystrzeliwanych w jego kierunku nabojów. Do tego idealnie pasuje ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Michaela Giacchino, nadająca poczynaniom zamaskowanego mściciela odpowiedniego rytmu. Jednocześnie jest w niej coś co napawa nas nadzieją, a tym promykiem nadziei dla Gotham ma w końcu być Batman.

Sama akcja rozwija się powoli. Wiem, że niektórych odstrasza sama myśl o tym, że czeka ich trzygodzinny seans. W przypadku The Batman ciężko byłoby jednak usunąć jakiekolwiek sceny, gdyż wszystkie są niezbędne by bohater przeszedł pewną drogę i zrozumiał czym i kim musi się stać. Co więcej, kilka wątków wypadałoby wręcz jeszcze rozwinąć lub udoskonalić jak chociażby relacja Bruce’a z Alfredem czy z Catwoman.

A jak się sprawdza Robert Pattinson w tytułowej roli? Według mnie bardzo dobrze. Aktor balansuje między mrokiem i brutalnością, a spokojem i zimną krwią Batmana. Jest w nim element detektywa, ale także niemal bezwzględnego potwora. Brytyjczyk stanął przed nie lada wyzwaniem. Wydaje mi się, że od tej pory żaden z aktorów w tak wielkim stopniu nie musiał przywdziewać kostiumu „człowieka nietoperza” jak właśnie Pattinson. Na naszych oczach staje się Brucem Waynem, staje się Batmanem, gdyż jak podkreślono nam to na samym wstępie filmu, Batman działa od raptem dwóch lat, daleko mu do tej wyklarowanej postaci jaką kojarzymy z komiksów. Dlatego też będzie popełniał błędy, co najlepiej widać na przykładzie jego detektywistycznej pracy. Krótko mówiąc, póki co słaby z niego detektyw.

Fajnie sprawdził się Colin Farrell jako Pingwin, który ma w sobie zarówno coś z Pingwina Danny’ego DeVito jak i Oswalda Cobblepota Robina Lorda Talyora. W jego przypadku na pochwałę zasługują osoby odpowiedzialne za charakteryzację, która z pewnością pomogła aktorowi przekształcić się w kryminalistę. Istotną, a momentami również zaskakującą rolę odgrywa Selina Kyle, w tej roli Zoe Kravitz. Jej relacja z Batmanem jest ważna, ale mam wrażenie, że potraktowana troszeczkę „po macoszemu”. W filmie po prostu zabrakło miejsca by odpowiednio ją rozwinąć, stąd ciężko ocenić ją jednoznacznie pozytywnie.

Paul Dano musiał stanąć na wysokości zadania by dorównać Batmanowi Pattinsona i ta sztuka mu się udała. Jego Riddler jest jedyny w swoim rodzaju. Podejrzewam, że czegoś takiego większość widzów nie spodziewała się po tej postaci. Otrzymaliśmy psychopatę przez duże P. Solidnie spisała się cała obsada, w której znaleźli się też John Turturro, Andy Serkis, czy Jeffrey Wright.

Wszystkie postaci oraz całe Gotham jakie wymyślił sobie Matt Reeves jest bardzo wiarygodne. Batman oczywiście używa pewnych gadżetów, ale nie ma ich tutaj zbyt wiele, a poza tym jesteśmy w stanie uwierzyć, że każda zamożna osoba mogłaby sobie na nie pozwolić. Wayne jeździe swoim motorkiem, gdzieś w mroku przebiera się za Batmana, a jego strój wygląda jakby samodzielnie go stworzył. Nawet jego auto nie ma żadnych „bajerów” takich jak broń, czy inne gadżety. Mroczny Rycerz polega przede wszystkim na swojej sile i swoim umyśle.

Choć miasto, bohaterowie i sama fabuła są rzeczywiste to reżyserowi udaje się pokazać bogatą komiksową historię Batmana. Przewijają się tu rodziny mafijne, w jednym z wątków powraca kwestia śmierci Thomasa i Marthy Wayne, mamy pomniejszych kryminalistów, którzy przywodzą nam na myśl Jokera, mamy kultowe miejsca takie jak Arkham Asylum, czy Iceberg Lounge. Nie mogę wyjść z podziwu jak Reevesowi udało się to wszystko połączyć w tak zgraną całość.

The Batman kupił mnie całym sobą. Ciężko jest mi doszukać się tutaj jakichś minusów. Nawet powolne tempo, o którym już wspominałem tak bardzo mnie nie razi, gdyż współgra z wizerunkiem Batmana jaki film wykreował. Większość elementów, do których można by się przyczepić została w jakimś stopniu w miarę zgrabnie wytłumaczona i usprawiedliwiona przez twórców. The Batman to świetny, trzymający w napięciu kryminał. Mroczna historia o skorumpowanym mieście owiniętym siecią intryg wbiła mnie w fotel, często zaskakiwała, a przede wszystkim oczarowała klimatem i wizerunkiem bohatera. Nie wiem jak wy, ale ja liczę na kontynuację.

Zdjęcia: Warner Bros.

Leave a Reply

%d bloggers like this: