W przypadku niektórych filmów człowiek może mieć powody do zadowolenia, gdy dowiaduje się o ich reboocie. Potencjał części hollywoodzkich produkcji choćby ze względu na stan technologiczny w momencie premiery czy ograniczony budżet nie został w pełni wykorzystany. Tutaj na myśl przychodzi mi prawdziwy klasyk, czyli Mortal Kombat, który w 2021 roku powrócił w nowej odsłonie. Tylko, czy ta wersja nie dopuściła się błędów, które można zarzucić filmowi z 1995 r.? Sprawdźmy to.
Dla osób, które jakimś cudem w swoim życiu nie miały do tej pory żadnego do czynienia z szeroko rozumianą popkulturą, Mortal Kombat to historia oparta na popularnej grze wideo, która z biegiem lat przekształciła się w rozpoznawalną franczyzę. Gra była dosyć prostą bijatyką, którą wyróżniały zwłaszcza specjalne finishery (tzw. fatality) oraz duża dawka krwi i przemocy. W latach 90. nie było jednak możliwości by pokazać to w spektakularny i działający na wyobraźnię widza sposób, ale ponad 25 lat później powinno już być inaczej.
W ten oto sposób, przechodzimy do filmu sprzed pięciu lat w reżyserii Simona McQuoida, dla którego był to jednocześnie pełnometrażowy debiut. Nie był to jednak debiut scenarzystów, których aż trójka podpisała się pod tym projektem – Greg Russo, Dave Callaham, Oren Uziel – a to właśnie scenariusz jest największym problemem tej wersji Mortal Kombat i pozostaje jedynie mieć nadzieję, że w sequelu będzie zdecydowanie lepiej.
Film opiera się na głównym motywie z gier, czyli tytułowym turnieju, w którym na szali stają losy naszego świata. Nim jednak się on rozpocznie, najpierw wypadałoby poznać jego uczestników, jakim cudem staną do walki na śmierć i życie, z kim przyjdzie im się zmierzyć, itd. Zaczyna się naprawdę świetnie, sceną przenoszącą nas do XVII-wiecznej Japonii. Tam poznajemy istotny wątek związany z zemstą za śmierć rodziny, gdy Hanzo Hasashi (Hiroyuki Sanada), jego dzieci i żona zostają zamordowani przez Bi-Hana (Joe Taslim).

Główna część historii toczy się we współczesnych czasach. Ziemia jest o krok od porażki w turnieju Mortal Kombat. Tajemniczy świat – Outworld – wygrał już 9 razy i jedno zwycięstwo wystarczy, by podbić nasz świat. Cole Young (Lewis Tan), zawodnik mieszanych sztuk walki, zostaje wciągnięty do rywalizacji za sprawą znamienia, które czyni go przedstawicielem planety w zawodach. Uważa, że to bujdy, dopóki ktoś nie zaczyna polować na niego i jego rodzinę. Wkrótce spotyka sprzymierzeńców – Sonyę Blade (Jessica McNamee) i Jaxa (Mehcad Brooks), a następnie trafia do świątyni, gdzie trenuje z Liu Kangiem (Ludi Lin), Kung Lao (Max Huang) i innymi wybrańcami pod okiem boga piorunów, Raidena (Tadanobu Asano).
Nie da się nie odczuć, że film stanowi bardziej wstęp do głównej części historii, co może nie usatysfakcjonować najwierniejszych fanów gier. Poza tym, akcja rozwija się naprawdę powoli i wiele dialogów jest sztywnych. Choć widać próby emocjonalnego zaangażowania widza w losy bohaterów (w końcu Cole chce ochronić swoją rodzinę, tak jak jego przodek), to wypadają one straszliwie drętwo. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że wybrańcy wybitnie szybko zyskują specjalne moce i jak na mój gust, ostatecznie zbyt łatwo rozprawiają się ze swoimi przeciwnikami.

Czuć, że postaci mają tutaj potencjał, ale nie zostaje on wykorzystany. Gdy pojawia się miejsce na ich rozwój, odnosimy wrażenie, że czas staje w miejscu, a fabuła nie zmierza w żadnym kierunku. Najsłabiej wypada wspomniany Cole, zupełnie nowa postać, która nie pojawiała się w grach, ale nawet tak kultowy bohater jak Raiden wydał się nie w pełni wykorzystany i po prostu nudny. Co więcej, momentami miałem poczucie, że nie tylko nie przyłożono się do scenariusza, ale po prostu poskąpiono funduszy na produkcję, by chociażby zaangażować lepszych aktorów.
Na szczęście, akcja, czyli najważniejszy element Mortal Kombat, wypada naprawdę fajnie, choć tutaj także nie mogłem umknąć wrażeniu, że twórców i obsadę stać na więcej niż pokazali w filmie. Krwawość i brutalność niektórych sekwencji jest jednak wspaniała, świetnie wpisująca się w klimat, który można kojarzyć z gry. Co najważniejsze, bohaterowie wyglądają jakby znali się na rzeczy i w zdecydowanej większości walk wyglądają jak na wojowników przystało.

Czy film mnie zawiódł? Nie, ale szczerze powiedziawszy, po jego obejrzeniu nie czekałbym na kontynuację. Mortal Kombat wypada bowiem po prostu średnio. Spodziewałem się jednak, że stworzenie w miarę logicznej i spójnej historii nie będzie zbyt trudnym wyzwaniem, a jak pokazał film, tak nie było. Nie znudziłem się, ale zabrakło mi klimatu, którego mimo kiczowatości uświadczyłem w odsłonie z lat 90. Sequel jest obecnie bardzo mocno promowany, wzmocniono obsadę, wygląda to po prostu lepiej, więc można wierzyć, że będzie zdecydowanie lepszy. Myślę jednak, że pierwszej części większość widzów nie będzie rozpamiętywać.
Ocena: 6/10 (wyższa ocena na zachętę za świetne sceny akcji)
Zdjęcia: Warner Bros. Pictures
