Jeśli Hollywood do czegoś nas przyzwyczaiło, to z pewnością jest to sięganie po twórczość Stephena Kinga. Co roku w kinach na całym świecie wyświetlane są kolejne adaptacje powieści mistrza grozy, choć z ich jakością bywa różnie. Dzisiaj chciałem przyjrzeć się najnowszej z produkcji opartych na książkach amerykańskiego pisarza, jaką jest Wielki Marsz.
Film z września 2025 roku jest adaptacją jednej z pierwszych napisanych przez Kinga powieści, choć wydanej dopiero w 1979 roku pod pseudonimem Richard Bachman. Przenosi nas do przyszłości, w której Stany Zjednoczone Ameryki po nieokreślonej wojnie przeszły zmianę, jakiej nikt by się nie spodziewał. Co roku organizowany jest tytułowy Wielki Marsz, w którym bierze udział pięćdziesięciu śmiałków. Zwycięzca może być tylko jeden, a czeka na niego fortuna i jedno dowolne życzenie. Ten kto nie utrzyma tempa, po trzech upomnieniach pożegna się z życiem.
Film opiera się na dość prostej formule. Gdy pierwszy z uczestników odpada z wyścigu, tak naprawdę wiemy, co wydarzy się dalej. Nie wiemy jedynie w jakiej kolejności będą odpadać kolejni młodzi ludzie. Wielki Marsz od razu daje nam do zrozumienia kim są główni bohaterowie i kogo możemy spodziewać się w finale. Te przewidywania ostatecznie się sprawdzają, a przez to dla mnie zakończenie historii było niesatysfakcjonujące.
Problemem jest tutaj również monotonne, wręcz usypiające tempo akcji. Choć całości powinno towarzyszyć napięcie, to przez większość czasu go nie czułem. Wynika to z faktu, że mamy mało czasu by utożsamić się ze znaczną częścią uczestników wyścigu. Wielki Marsz trwa niecałe dwie godziny, a postaci jest aż pięćdziesiąt, więc wiadomo, że w takiej formule nie znajdzie się miejsce na mniejsze lub większe wątki dla wszystkich postaci. Trzeba jednak podkreślić, że niejeden z nich prezentuje się ciekawie i można by jeszcze mocniej zaakcentować ich obecność, gdyby czas na to pozwolił.

Bardzo pozytywne wrażenie zrobili na mnie Cooper Hoffman i David Jonsson, wcielający się w głównych bohaterów filmu. Jako, że dostają oni najwięcej czasu, a ich postaci dostały rozbudowane wątki, najbardziej zapadają nam w pamięć. Czuć jednak, że wypadają najbardziej wiarygodnie z całej obsady, a towarzyszące im emocje potrafią udzielić nam się w trakcie seansu. Mniejszą, ale istotną rolę ma tutaj także Mark Hamill, grający nadzorującego marsz Majora, dupka, którego po prostu nie da się lubić i Hamill doskonale to pokazał.
Na przestrzeni niecałych dwóch godzin, z jednej strony widzimy smutny, opustoszały krajobraz niegdyś pięknego kraju. Z drugiej, widzimy jak marsz powoli wyniszcza psychicznie kolejnych uczestników. Z ich rozmów dowiadujemy się nieco więcej o tym nietypowym konkursie. Ogólnie, odniosłem jednak niedosyt w kwestii zarysowania świata przedstawionego i wiele pytań na jego temat pozostało bez odpowiedzi. Do tego dochodzi również w pełni odrealniony marsz, którego nikt na takim dystansie jak w filmie by nie przeszedł.

Doceniam sposób w jaki Francis Lawrence przedstawił chory, totalitarny system, jakby próbując powiedzieć, że coś takiego realnie może przydarzyć się Stanom Zjednoczonym Ameryki. Jednocześnie pokazuje kruchość życia, która uderza tym bardziej, że uczestnicy marszu to młodzi mężczyźni, którzy nie mieli jeszcze okazji doświadczyć wielu uroków życia. Trzeba jednak podkreślić, że w tym świecie najwidoczniej i tak wiele dobrego ich nie czeka.
Pod względem emocjonalnym Wielki Marsz to naprawdę mocny dramat. Jego stylistyka jest jednak przygnębiająca, a tempo akcji powolne. Są chwile, gdy można wręcz przysnąć. Sam pomysł jest oryginalny, ale miałem poczucie, że należało jeszcze bardziej go rozwinąć, nawet kosztem większego odejścia od książkowego oryginału. Otrzymaliśmy tu solidną produkcję, z intrygującym punktem wyjścia, ale niewykorzystanym potencjałem. Jest przewidywalna i schematyczna, do obejrzenia jeden raz i zapomnienia. Produkcji naprawdę daleko do najlepszych adaptacji Stephena Kinga.
Ocena: 5,5/10
Zdjęcia: Lionsgate
