Mortal Kombat (1995) – recenzja filmu

Pamiętam, że kiedy byłem dzieciakiem, dorośli nie przywiązywali tak wielkiej uwagi do tego jakie filmy pełnometrażowe chcę obejrzeć, tak jak ma to miejsce dzisiaj. Nawet jeśli były w nich przekleństwa, krew i walka na śmierć i życie, zawsze znalazł się sposób, żeby zobaczyć to, co mnie interesuje. Jednym z takich tytułów, których dzieciak raczej nie powinien był oglądać, jest oryginalny Mortal Kombat.

Kultowy film z 1995 roku oparty jest na grze pod tym samym tytułem. Dziś spokojnie można uznać go za jeden z klasyków kina akcji, choć trzeba również przyznać, że to produkcja rodem z kina klasy B. Dla fanów bijatyk był jednak doświadczeniem jedynym w swoim rodzaju. Finansowo również spisał się na medal, ale podstawowe pytanie brzmi, czy dziś można mieć z niego równie dużą frajdę co przed ponad 30. laty?

Co 500 lat odbywa się turniej Mortal Kombat. W nadchodzącym na szali znajdą się losy Ziemi. Jeśli bowiem Outworld wygra 10 razy z rzędu (brakuje tylko jednego zwycięstwa), podbije nasz wymiar! Shang Tsung, czarnoksiężnik służący cesarzowi Shao Kahn, organizuje kolejny turniej. Liu Kang, gwiazdor kina akcji, Johnny Cage i komandoska, Sonya Blade zostają zaangażowani w turniej, a ich sprzymierzeńcem jest bóg piorunów, Raiden. Stając oko w oko z nieziemskim zagrożeniem, postarają się ocalić planetę przed zagładą.

Tak prezentuje się fabuła filmu Mortal Kombat. Jest prosta i zrozumiała. Szybko poznajemy głównych bohaterów oraz ich motywacje do wzięcia udziału w turnieju, choć czasem wynikają one bardziej z manipulacji Shang Tsunga. Wojownicy są charakterystyczni i mimo drętwych dialogów zapadają nam w pamięć. Historia zmierza co prawda w przewidywalnym kierunku, ale po drodze czeka nas sporo efektownych walk, choć daleko im do krwawych i brutalnych pojedynków z serii gier.

Choć ewidentnie nie w przypadku każdego udało się zadbać o to by wyglądali, a przede wszystkim walczyli jak przystało na wojowników, to sceny akcji bardzo fajnie adaptują sekwencje rodem z gier. Trzeba jednak przyznać, że po wielu z nich pozostaje niedosyt przez ich uproszczenie. Choć ich fragmenty potrafią trzymać w napięciu, to jednak nie zawsze czuć, że mamy do czynienia z walkami na śmierć i życie. Zwłaszcza finałowa konfrontacja zawodzi, do czego po części przyczynia się brak kategorii wiekowej „tylko dla dorosłych”.

Mortal Kombat jest kiczowatym filmem. Nikt temu nie zaprzeczy. Kilka kreacji wbija się tutaj jednak w naszą pamięć. Raiden Christophera Lamberta wnosi pewien rodzaj patosu, ale także zaskakująco dobrego poczucia humoru. Johnny Cage jako gwiazdor kina akcji klasy B (w tej roli Linden Ashby) pasuje tutaj jak ulał, a udział Robina Shou jako Liu Kanga i jego popisy nadają historii pewnej wiarygodności. No i jeszcze ziejący grozą Cary-Hiroyuki Tagawa jako Shang Tsung. Wisienką na torcie dla młodych widzów są obdarzeni nadprzyrodzonymi mocami Scorpion i Sub-Zero. Ta naprawdę barwna i dobrze zagrana grupa wojowników sprawia, że widz jest ciekaw jak potoczą się kolejne pojedynki.

Efekty specjalne stoją na różnym poziomie. Raz potrafią wyglądać żenująco, kiedy indziej prezentują się przyzwoicie, a nawet lepiej, w szczególności, biorąc pod uwagę, że film zrealizowano w latach 90. Przede wszystkim mamy niepodrabialny klimat i myślę, że to właśnie on zadecydował o sukcesie Mortal Kombat 30 lat temu. Nie da się jednak ukryć, że jest to tytuł pełen niedoskonałości, który dziś obejrzą tylko najwięksi fani kina klasy B, kina akcji i gier wideo. Jest co prawda jednym z klasyków, ale nie wykorzystuje potencjału walk i tytułowego turnieju. Nie wszyscy go docenią, ale mi oglądało się go mimo wymienionych wad, dosyć przyjemnie.

Ocena: 5,5/10 (Fajne walki to za mało, a finałowa mnie zawiodła, więc nota idzie w dół)

Zdjęcia: New Line Cinema

Leave a Reply