W ciągu ostatniego roku Marvel pokazał nieco mroczniejsze oblicze, rozbudowując serialową część swojego uniwersum. Miało to miejsce za sprawą wielkiego powrotu Daredevila, który otrzymał własny serial. Wraz z bohaterem dostaliśmy większą dawkę brutalności i mroku niż MCU nas do tego przyzwyczaiło. W końcu przyszedł czas, by granicę przemocy przesunąć o jeszcze jeden krok dalej, a to dzięki specjalnej prezentacji, zatytułowanej Punisher: Ostatnie starcie.
Zanim Frank Castle zadebiutował w MCU, wszyscy zastanawiali się jaką wersję tej postaci otrzymamy w tym świecie, biorąc pod uwagę jej specyfikę. Przede wszystkim, rozchodziło się o przemoc jaka wiąże się z jego historią, a której mogliśmy doświadczyć, oglądając serial Netflixa z lat 2017-19. Można było mieć pewne obawy, ale już w 1. sezonie Daredevil: Odrodzenie okazało się, że Marvel stara się być w miarę możliwości wiernym komiksowemu pierwowzorowi.
Potwierdzenie powyższych słów otrzymaliśmy w najnowszej produkcji Disney Plus, Punisher: Ostatnie starcie. W trwającym niecałe 50 minut specjalnym odcinku spotykamy głównego bohatera w ukryciu. Frank Castle ma jednak ku temu dobry powód, gdyż traci kontrolę nad sobą. Motyw, który został zapoczątkowany jeszcze w serialu Netflixa, a który nieodłącznie wiąże się z tą wersją postaci, odnalazł tutaj ciekawą kontynuację. Nowa produkcja MCU zastanawia się bowiem, co pozostaje tytułowemu bohaterowi po zemście.
Konflikt wewnętrzny Castle’a został fantastycznie zagrany przez Jona Bernthala. Pamiętam, że kilka lat temu miałem pewne wątpliwości, czy jest to właściwa osoba do zagrania tego bohatera. Dziś nie wyobrażam sobie nikogo innego w tej roli. Bernthal nadaje jej bowiem dramatyzmu i realizmu, czyniąc przeżycia mściciela niezwykle wiarygodnymi. Dodatkowo, z podobną kreacją nie mieliśmy do tej pory do czynienia w MCU, co daje pewien powiew świeżości, nawet w przypadku tych poważniejszych produkcji z tego uniwersum.

Nie mamy tutaj wielu bohaterów poza samym Castle. W większości są to bezimienne postaci, zwykli ludzie zamieszkujący Nowy Jork, którzy muszą walczyć o przetrwanie, w związku z zamieszkami w dzielnicy zwanej Little Italy. Jedyną postacią, która zaznacza swoją obecność i staje oko w oko z Frankiem, jest Ma Gnucci, ostatnia ocalałą z rodziny, na której zemsty dokonał Punisher. Teraz to kobieta pragnie pomścić swoich najbliższych, a to prowadzi do ogromnego chaosu.
Punisher: Ostatnie starcie to w znacznym stopni akcja, akcja, akcja. Dostałem tutaj dokładnie to, czego sobie życzyłem. Sceny są dynamiczne, a przede wszystkim krwawe i brutalne. Doskonale wpasowują się w mroczne klimaty historii o mścicielu Marvela. Kości trzeszczą i są łamane, ludzie spadają z budynków, a nawet zostają podpaleni. Castle nie oszczędza nikogo, kto staje na jego drodze i wygląda to wszystko po prostu genialnie. Od choreografii po montaż, twórcy tego epizodu zrobili wszystko jak należy i myślę, że wszyscy fani będą usatysfakcjonowani obrazem końcowym.

Specjalny epizod ma dla mnie jeden problem. Jest naprawdę krótki i sprawia wrażenie wprowadzenia do większej historii – filmu, czy całego serialu – pozostawiając widza niejako w zawieszeniu. Chciałoby się od razu zobaczyć więcej, bo to naprawdę złożony portret człowieka, walczącego z własnymi demonami, który prócz napięcia i dramaturgii dostarcza mnóstwo frajdy dla wszystkich fanów mocnej akcji. Zdecydowanie wciąga, ale pozostawia pewien niedosyt. Jeśli jednak nie brzydzicie się brutalnością, to koniecznie sprawdźcie, co Punisher: Ostatnie starcie ma do zaoferowania. Myślę, że możecie być pozytywnie zaskoczeni. Ja byłem.
Ocena: 7,5/10
Zdjęcia: Disney Plus
