Niektóre filmy bywają tak mocno promowane przed premierą, że widzowie mogą mieć wobec nich nadmierne oczekiwania. To oczywiste, że każde studio powinno mieć wiarę w swoją produkcję. Powinno się jednak również mierzyć zamiary na siły. Ewentualna finansowa porażka może bowiem mieć wpływ na losy wielu osób. Do kin wszedł w końcu film Mortal Kombat II, wobec którego miałem właśnie powyższe obawy. Czy słusznie? Sprawdźmy to.
Na ten film czekaliśmy, aż pięć lat. Już sam ten fakt sprawia, że oczekiwania miłośników franczyzy były spore. Gdy dorzucimy do tego bardzo intensywną kampanię promocyjną ostatnich kilku miesięcy, niektórzy widzowie mogli spodziewać się po Mortal Kombat II ogromnego hitu. Jak to jednak często w życiu bywa, oczekiwania nie zawsze pokrywają się z rzeczywistością. W dużym stopniu jest tak w przypadku wspomnianego sequela.
Film kontynuuje wydarzenia zapoczątkowane w pierwszej części. Obrońcy Ziemi szykują się nareszcie do udziału w tytułowym turnieju. W ich szeregach brakuje jednak jeszcze jednego bohatera. Tym ma być zgorzkniały aktor, który najlepsze lata ma dawno za sobą, Johnny Cage. Przyjdzie im stanąć oko w oko ze złowieszczym Shao Kahnem, który szykuje własnych wojowników i ma chytry plan jak pokrzyżować plany bohaterów i zwyciężyć w Mortal Kombat.
Twórcy filmu pamiętali, że od premiery pierwszej odsłony minęło już ładnych parę lat i dość zwięźle przypomnieli nam w sequelu, o co toczy się tutaj stawka. Poza tym, szybko postanowili przejść do akcji, co stanowi plus względem produkcji z 2021 roku. Nie spodziewajcie się jednak wybitnej fabuły. Ta ponownie jest prosta jak budowa cepa, ale zdecydowanie lepiej korzysta z dobrodziejstw tego uniwersum. No i przede wszystkim stawia na walki, a to kolejna duża zaleta tego tytułu.

Sporo czasu zajmuje ekspozycja nowych bohaterów, wśród których najlepiej wypada Johnny Cage sportretowany przez Karla Urbana. Świetnie sprawdza się w roli byłej gwiazdy kina akcji i niejako reprezentuje perspektywę przeciętnego człowieka, który za nic nie kupuje żadnego turnieju na śmierć i życie, gdzie na szali znajduje się los planety. Stąd jego reakcje, gdy okazuje się to być prawdą, są realistyczne, a zarazem cudownie i komicznie wyolbrzymione.
Cage wnosi do fabuły mnóstwo humoru, ale film, podobnie jak poprzednia część, kolejny raz nie potrafi znaleźć równowagi w swoim tonie. Z jednej strony mamy mnóstw one-linerów i humoru, a z drugiej, Mortal Kombat II próbuje opowiedzieć niezwykle dramatyczną historię o zemście za utratę najbliższych. Niestety, słabo te elementy się ze sobą łączą. Przez to wykres poziomu produkcji można by zapisać w formie sinusoidy. Raz jest zabawnie, potem do bólu poważnie i tak aż do końca, a według mnie, twórcy powinni po prostu postawić na rozrywkę.

Na szczęście mamy walki. Jeszcze więcej walk niż w Mortal Kombat z 2021 r. Choć z ich poziomem jest naprawdę różnie, wraz z rozwojem fabuły, prezentują się coraz lepiej i efektowniej. Jest klimatycznie, krwawo i brutalnie, czyli dokładnie tak jak być powinno. Choreografia jest dynamiczna i bardzo widowiskowa. Fatalities są krwawe, kreatywne i oddają ducha gier. Po raz kolejny podkreślę, że Karl Urban absolutnie kradnie show jako charyzmatyczny, sarkastyczny Johnny Cage – jego teksty i timing komediowy to jeden z największych atutów produkcji, a i w samych pojedynkach wypada solidnie. Co może niektórych zaskoczyć, równie świetnie prezentuje się powracający Kano, chyba jedna z najbarwniejszych postaci w całej serii.
Mortal Kombat II to naprawdę przyjemny film, ale strasznie nierówny. Wydaje się, że twórcy częściowo wyciągnęli wnioski z poprzedniej odsłony, chociażby odstawiając na boczny tor Cole’a, jeszcze mocniej stawiając na krwawe walki i supermoce. Wychodzi jednak na to, że ciężko jest w Hollywood napisać dobry scenariusz, nawet jeśli masz do dyspozycji tak barwną plejadę postaci i przyzwoitych aktorów. Gdyby nie warstwa humorystyczna, uznałbym ten tytuł za porażkę, zwłaszcza z dość tandetnym i jak dla mnie nielogicznym zakończeniem. Na szczęście przezabawni Urban i Lawson oraz realistycznie wypadający Ludi Lin ratują ten wielki chaos i dla nich warto pójść do kina. Tylko obniżcie oczekiwania, bo nie wierzę by się spełniły.
Ocena: 6/10 (podwyższam ocenę za Kano i Johnny’ego Cage, którzy powinni dostać własny spin-off, najlepiej jako para detektywów)
Zdjęcia: Warner Bros. Pictures
