Władca pierścieni: Drużyna pierścienia – recenzja filmu

Niewiele jest takich filmów, a co dopiero całych serii, do których mógłbym regularnie wracać. W końcu powstaje tak wiele nowych i ciekawych tytułów, a czasu jest tak mało. Kiedy jednak mamy do czynienia z klasykiem, który po ponad 20. latach od premiery pozostaje, w oczach moich i milionów innych widzów, najwspanialszym przedstawicielem gatunku fantasy na wielkim ekranie, grzechem byłoby do niego nie wracać. Zacznijmy zatem od jego pierwszej odsłony, którą jest Władca pierścieni: Drużyna pierścienia.

Powieść J. R. R. Tolkiena, na której oparta jest filmowa trylogia, została po raz pierwszy wydana w latach 50. ubiegłego wieku. Na jej adaptację, czytelnicy musieli zatem czekać ponad 40. lat, ale raczej nie mogli żałować. Ja, najpierw miałem okazję obejrzeć wszystkie trzy części w kinie, za co dziękuję losowi, a dopiero później sięgnąłem po literacki pierwowzór. W recenzji nie będę jednak się do niego odnosił, a skupię się na pierwszym rozdziale tej epickiej historii, starając się wyjaśnić dlaczego za taką ją uważam.

Sięgając pamięcią wstecz, przypomniałem sobie, że pierwszą zapowiedź filmu widziałem w trakcie reklamy na niemieckim kanale RTL. Mój dostęp do Internetu, jego znajomość oraz stan rozwoju, nie pozwalał jednak, żebym dowiedział się więcej na jego temat. Zresztą, jako dziesięciolatek miałem mnóstwo innych rzeczy na głowie. Pamiętam jednak, że krótka zapowiedź zrobiła na mnie ogromne wrażenie, a zwłaszcza obraz wielkich posągów byłych królów. W końcu film trafił do kin, obejrzałem go i przekroczył moje najśmielsze oczekiwania.

Teraz, po ponad dwudziestu latach od premiery, powróciłem do Drużyny pierścienia, by przypomnieć sobie dokładnie za co pokochałem trylogię w reżyserii Petera Jacksona. Jednocześnie zasmuciłem się, gdyż po dziś dzień jest to dla mnie niedościgniony ideał historii z tego gatunku i żaden filmowiec według mnie go jeszcze nie przebił. Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele, a poniżej postaram się najważniejsze z nich wyjaśnić.

Zacznijmy może od tego, że film świetnie, a przede wszystkim w zrozumiały sposób, wprowadza nas w złożoną historię, którą będziemy śledzić na przestrzeni trzech produkcji. Dowiadujemy się o jaką stawkę będzie toczyć się przedstawiona tutaj walka dobra ze złem. Przenosimy się do wielkiego świata Śródziemia, poznajemy najważniejsze mieszkające tam rasy, mocarne królestwa oraz konflikt, który miał zakończyć się wyzwoleniem, lecz ludzka ułomność sprawiła, że bohaterowie będą musieli podjąć się najtrudniejszej z możliwych misji.

Wszystko kręci się wokół potężnego, magicznego pierścienia, wykutego niegdyś przez mrocznego władcę Saurona. Stanowi on jego część, więc póki pierścień istnieje, póty antagonista będzie chciał go odzyskać, by ponownie stoczyć walkę o Śródziemie. Tak się akurat składa, że ten wpada w ręce najbardziej niepozornej i sympatycznej rasy, Hobbitów. Frodo Baggins, który otrzymuje go z rąk wuja, Bilba, nie zdaje sobie jednak sprawy, że zostanie on powiernikiem pierścienia, nierozerwalnie związanym z jego losami i to on będzie musiał go zniszczyć.

To dopiero wstęp, ale gdy sam czytam swoje słowa, czuję ekscytację epicką historią namalowaną nam na wielkim ekranie przez Petera Jacksona. Fabuła filmu koncentruje się na skompletowaniu tytułowej drużyny. Wiemy jednak, że to dopiero pierwsza odsłona tej opowieści, więc nie liczymy na to, że bohaterowie od razu dotrą do zbocza Góry Przeznaczenia, gdyż tylko tam można zniszczyć pierścień. Nie czuć jednak, żeby akcja toczyła się wolnym tempem. Wszystkie wydarzenia następują bardzo naturalnie, a ja po raz kolejny czułem się wręcz zahipnotyzowany tą historią.

Tyle lat, ale jak to nadal pięknie wygląda! Śródziemie w Drużynie pierścienia prezentuje się tak realnie, że ciężko uwierzyć, że naprawdę nie istnieje. I mam tu na myśli zarówno malowniczy i pełen ciepła Hobbiton, niebezpieczny trakt, mroczne otchłanie ukrytej w podziemiach Morii, czy elfie królestwo Rivendell. To dopiero pierwsza odsłona trylogii, a już przekonujemy się jak wielkim i zróżnicowanym miejscem jest Śródziemie. Krajobrazy, głównie nowozelandzkie, pozwalają nam z łatwością poczuć rozmach opowiadanej tutaj historii. Do tego dochodzi dopracowana w najmniejszych szczegółach scenografia i kostiumy, które wydają się niezwykle realistyczne.

Kawał roboty robi niezapomniana ścieżka dźwiękowa Howarda Shore’a. Można by wręcz nazwać ją jednym z fundamentów filmu. Nie wyobrażam sobie tej historii bez motyw Drużyny, tematu elfów, czy przejmującego motywu Pierścienia. Muzyka tylko potęguje nasze wrażenia związane z fabułą. Porusza nasze serca w dramatycznych chwilach, ale potrafi też wywołać łzy śmiechu, choćby gdy hobbici rozrabiają. Wszystko wciąż brzmi świeżo, epicko i oryginalnie, nawet w 2026 roku.

Dzisiaj większą uwagę zwróciłem na niektóre sceny, w których widać, że kręcono je na green screenie. Nie wyglądają one w żadnym razie źle, ale jako dzieciak w ogóle tego nie dostrzegałem, a starsze oko szybciej je wychwyciło. Jest też kilka momentów, które każą podważać logikę historii Tolkiena i scenariusza filmu. Choćby sam fakt, że pozwolono wyruszyć w podróż innym hobbitom poza Frodem, czy decyzja Aragorna w jego finale, gdy postanawia nie podążać dalej za głównym bohaterem. Wszystko wpisuje się jednak w większą historię, której jest to tylko pierwsza część i nie razi tak bardzo, by moje wrażenia miały być przez nie zdecydowanie słabsze.

Takiej obsady jak w całej trylogii Władcy pierścieni nigdzie indziej nie znajdziecie. To kolejna rzecz, którą uzmysłowiła mi Drużyna pierścienia. W tej odsłonie wyróżnić trzeba przede wszystkim genialnego Iana McKellena jako Gandalfa. Jego ciepło i mądrość, przeplatane gdzieniegdzie z surowością są wręcz perfekcyjne. Viggo Mortensen w roli Aragorna, momentami przerażający, kiedy indziej dostojny, ale zawsze gotów na największe poświęcenie, mierzący się z wewnętrznym konfliktem. Każdy wnosi coś do tej historii. Sean Bean jako Boromir ludzką tragedię, Legolas i Gimli (Orlando Bloom i John Rhys-Davies) niezwykłą przyjaźń, pełną niesnasek, ale rozwijającą się w coś pięknego. Merry i Pippin (Dominic Monaghan i Billy Boyd) wnoszą z kolei mnóstwo humoru. Można by tak pisać i pisać, ale to po prostu trzeba zobaczyć.

Drużyna pierścienia po raz kolejny porwała mnie całkowicie. Od pierwszych dźwięków motywu hobbitów Howarda Shore’a, przez zielone wzgórza Shire, po mroczne lasy i góry. To coś więcej niż kino. To podróż, w którą z przyjemnością mogę udawać się raz do roku. Przez kolejne lata trylogia stała się dla mnie świętością w gatunku fantasy. Jej początek prezentuje się po tylu latach wciąż niesamowicie. Jeśli ktoś mnie spyta, czy warto wrócić po latach, odpowiem, że tak, absolutnie. Byleby na największym możliwym ekranie, bo do takiego ta produkcja przynależy.

Ocena: 8/10

Zdjęcia: New Line Cinema

Leave a Reply