Rooster – recenzja 1. sezonu

Są tacy twórcy, na których kolejne produkcje wielu widzów czeka z niecierpliwością. Zwłaszcza, gdy większość z nich okazuje się być przebojami. Kimś takim jest Bill Lawrence, który na swoim koncie ma takie seriale jak Hoży doktorzy, Ted Lasso, Cougar Town: Miasto kocic czy Terapia bez trzymanki. Ostatnio zadebiutowała najnowsza z jego serii, zatytułowana Rooster i jak się okazuje, każda dobra passa musi się kiedyś skończyć.

Nowy serial Billa Lawrence’a i Matta Tarsesa z Steve’em Carellem w roli głównej zapowiadał się jako jeden z przyjemniejszych tytułów 2026 roku na HBO. Ostatecznie wyszło… solidnie, ale nudno i bez fajerwerków. Rooster to komedia z potencjałem, którego, niestety, nie wykorzystuje. Są takie momenty, gdy prosi się by posunąć fabułę i poczucie humoru o krok do przodu, ale wtedy produkcja zawsze wykonuje bezpieczny krok. W moich oczach przekłada się to na pewną sztampowość i przez to historia mnie do siebie nie przekonała.

O czym opowiada serial? Główny bohater to Greg Russo – autor lekkich thrillerów erotycznych z „Roosterem” w roli głównej. Po serii sukcesów, mężczyzna przyjeżdża na uczelnię niby na gościnny wykład, a w rzeczywistości po to, żeby wesprzeć córkę, Katie. Jej małżeństwo rozpadło się w wyniku zdrady, a ojciec stara się pomóc jej z tym sobie poradzić. Z czasem zostaje na uniwersytecie na dłużej, samemu angażując się w nowy związek, a także starając się inspirować uczniów.

Carell w swojej roli sprawdza się doskonale. To w sumie taka typowa dla niego kreacja. Sympatyczny, trochę nieporadny facet w średnim wieku. Ma w sobie dojrzałość i emocjonalne ciepło, a jednocześnie ma w sobie coś z nerda i bywa trochę jak Michael Scott z The Office, choć w bardziej przyziemny niż absurdalny sposób. Jest sercem serialu i daje z siebie wszystko. Jednakże, już nieraz go takim widzieliśmy, a na dodatek wydaje się, że o więcej plusów jest tutaj naprawdę ciężko.

Serial ma słabe tempo i często traci impet. W trakcie sezonu, niektóre epizody sprawiają nawet wrażenie zapychaczy, jakby twórcy sami nie wiedzieli jak popchnąć tę historię do przodu. Niby jest tu coś z satyry na świat wyższego szkolnictwa, ale humor jest miękki, bardzo łagodny i bezpieczny. Jakby twórcy bali się mocniej przyłożyć niektórym grupom społecznym. Żarty bywają przewidywalne, a dialogi momentami są sztywne, co szczególnie widać w niektórych pobocznych postaciach. Zdecydowanie zabrakło tutaj pewnego elementu absurdalności, znanego z innych produkcji Lawrence’a.

Rooster chce skupiać się na relacjach międzyludzkich i tematach dojrzewania w każdym wieku: poczuciu porażki jako rodzic, kryzysie wieku średniego, czy odbudowywanie siebie po rozstaniu. Tylko za bardzo skacze od jednego tematu do drugiego i nie potrafi znaleźć równowagi między wspomnianymmi motywami, a humorem.

Na papierze, obsada prezentuje się wyśmienicie. Jest Steve Carell w bardzo dobrej, ciepłej formie. Na drugim planie mamy Danielle Deadwyler, Phila Dunstera, czy Johna C. McGinleya jako ekscentrycznego rektora (Przez połowę serialu przesiadującego z gołą klatą w saunie). Ma się poczucie pewnego bezpieczeństwa oglądając produkcję HBO. Jednakże, brakuje jej kolorytu by wyróżniła się jakoś na tle wielu innych, nijakich komedii. To przyzwoita, ale dość przewidywalna, fabularnie przeciętna i po prostu przynudzająca komedia. Obejrzeć ją można tylko dla Steve’a Carella, ale nawet on, czasami wydaje się czuć, że coś tutaj nie gra.

Ocena: 5/10

Zdjęcia: HBO

Leave a Reply