Projekt Hail Mary – recenzja filmu

Ileż to już razy bohaterowie filmów byli wysyłani w kosmos by ocalić Ziemię? Tego rodzaju historii Hollywood zgotowało nam przez lata co nie miara. Z różnym rezultatem. Teraz przyszła pora sprawdzić kolejną z nich, choć tym razem opartą na podstawie nagradzanej, bestsellerowej powieści. Powinno być zatem dobrze, prawda? Sprawdźmy, czy w przypadku Projekt Hail Mary faktycznie tak jest.

Ryan Gosling budzi się na pokładzie statku kosmicznego z amnezją. Na dodatek w towarzystwie dwóch martwych członków załogi owego statku, który wraz z nim poznajemy. Od razu czuć, że będzie to historia z mocnymi akcentami komediowym, a zresztą w takich hollywoodzkiego gwiazdora ostatnio często oglądamy. Tu jednak ma chodzić o ratowanie świata, więc może znajdzie się też miejsce na odpowiednią dawkę dramatu i zbalansowanie tego wszystkiego? Odpowiedź może nie usatysfakcjonować was w pełni.

Projekt Hail Mary w reżyserii Phila Lorda i Christophera Millera (21 Jump Street, Lego Movie, Spider-Verse) to adaptacja bestsellerowej powieści Andy’ego Weira, autora innej kosmicznej historii, któa w przeszłości trafiła do kin, czyli Marsjanina. I podobnie jak tam, dostajemy tu dużo kwestii naukowych, rozwiązywania problemów z pewnymi ograniczonymi środkami, a przede wszystkim człowieka uwięzionego z dala od jakiejkolwiek cywilizacji. Jednakże, od samego początku, odnosiłem wrażenie, że gdzieś już to grali i nie ma tu nic na tyle oryginalnego, że nie znałem tego z innych produkcji.

Powiedzmy sobie szczerze, jest to dobry film. To nie ulega mojej wątpliwości. Nie nazwałbym go jednak przebojem i nie jestem w stanie się nad nim rozpływać jak wielu innych widzów, czy krytyków. Zacznijmy może jednak od tego, co dobre. To przyjemna i ciepła produkcja science-fiction, która nie próbuje być pretensjonalna. Poczucie humoru do mnie trafia, a Ryan Gosling, jakimś cudem, dobrze odnajduje się w roli nauczyciela fizyki, który odnajduje się na statku kosmicznym i próbuje sobie przypomnieć, że jego misją jest uratowanie świata przed zagładą i wykonanie jej. Chaos jaki początkowo wywołuje, będąc zagubionym w kosmosie, jest źródłem wielu przezabawnych scen, w czym pomaga mu niewielki zapas alkoholu.

Poza tym, wizualnie Projekt Hail Mary to jest chyba jedna z największych perełek 2026 roku. Kosmos widzimy regularnie w wielu produkcjach, przez co często zapominamy jaki może być piękny i niebezpieczny. No, a adaptacja powieści genialnie to pokazuje. Jeśli o ten aspekt chodzi, to zdecydowanie jest to coś do zobaczenia na wielkim ekranie. No i nie można też nic zarzucić samemu statkowi kosmicznemu, scenografii i związanemu z tym CGI. Po prostu, wygląda to świetnie. Twierdzę wręcz, że nominacja do Oscara nie będzie w tym przypadku niespodzianką.

W filmie z teraźniejszością bohatera przeplatają się retrospekcje, które rozbudowują nam historię i pozwalają lepiej poznać losy uwięzionego w kosmosie fizyka. Czasem nawet mają w sobie więcej energii i emocji. Montaż zdecydowanie należy pochwalić. Do tego elementy naukowe wydają się mieć tutaj ręce i nogi. Na pewno pod tym kątem wypada to zdecydowanie lepiej i wiarygodniej niż w znacznej większości produkcji sci-fi. Aktorsko jest fajnie, humor jest na swoim miejscu, a zdjęciami i efektami specjalnymi można się zachwycić. Jak dla mnie jednak na tym kończą się plusy i pora zobaczyć, co tutaj nie tyle nie wyszło twórcom, co już po prostu tak dobrze to znam, że bardziej mnie znudziło niż podekscytowało.

Przede wszystkim, sama fabuła nie powala na kolana. Parę lat temu widziałem taki film Netflixa, pt. Astronauta, z Adamem Sandlerem w roli głównej i pewne elementy z tamtej produkcji zobaczyłem w Projekt Hail Mary, przez co nie byłem specjalnie zaskoczony, gdy na ekranie pojawiła się kosmiczna istota. Rocky’emu, bo tak nazywa kosmitę Gosling, nie mam nic do zarzucenia. Dobrze uzupełnia się z fizykiem i wprowadza sporo humoru do historii, a także element emocjonalny. Wszyscy przywiązujemy się do jego obecności i relacji z człowiekiem. No właśnie, tylko że czujemy nosem pismo i spodziewamy się, że albo dojdzie do jakiejś katastrofy, albo misji nie uda się wypełnić i czeka nas płacz i lekkie zgrzytanie zębami. Jest tu na tyle dużo przewidywalności, że wcale nie ogląda się tego tak przyjemnie jak powinno.

Do tego dochodzi jeszcze długość filmu, czyli 2 godziny i 36 minut. No i da się odnieść wrażenie, że można było tę historię opowiedzieć w równie dobrej, ale krótszej formie. Jest sporo irytujących dłużyzn, które nie wnoszą wiele do fabuły. No, a łańcuch zwrotów akcji z finału potrafi wkurzyć i trochę zniesmaczyć. Efekt zaskoczenia w końcówce nie do końca się udaje, a sama puenta związana z losem głównych bohaterów, mi nie przypadła do gustu i uznałem ją za najgorszy pomysł na zwieńczenie scenariusza.

Nie jest to czysta komedia, choć przez długie okresy można odnieść takie wrażenie. Pomaga napięcie, które pojawia się, gdy jesteśmy coraz bliżej znalezienia rozwiązania dla niemożliwego problemu. No i jest też dramaturgia, a Gosling, podkreślę jeszcze raz, spisuje się świetnie. Trochę zabrakło mi w tym jednak pazura. Na pewno nie byłem wstrząśnięty, ani wzruszony, choć film jest w stanie tak zadziałać na wielu widzów. Zakończenie wydało mi się jednak zbyt bezpieczne i optymistyczne.

Projekt Hail Mary to sympatyczna, dobrze zagrana, w dużej mierze lekka, kosmiczna przygoda z sercem i humorem. Nie jest to typowe science-fiction, w którym mamy więcej akcji. Dla mnie pomysł ratowania Ziemi jednak był już grany tyle razy, że nie byłem w stanie zachwycić się tym wszystkim. Dobry, ale za długi, tak najkrócej bym to podsumował.

Ocena: 6,5/10

Zdjęcia: Amazon MGM Studios

Leave a Reply