Kapitan Żbik 27: Skoda TW6163 – recenzja komiksu

Myśląc o medium jakim jest komiks, większość osób zapewne wskaże na amerykańskie tytuły, w szczególności Marvela, czy DC. Dotyczy to także Polaków, a przecież nasze rodzime dziedzictwo komiksowe jest naprawdę bogate. Stąd, zawsze powtarzam, że warto poznawać klasyki i niedawno właśnie miałem taką okazję za sprawą nowej kolekcji, która przybliży nam PRL-owską serię Kapitan Żbik.

Jeśli do tej pory, podobnie jak ja, nie mieliście wcześniej do czynienia z serią wydawaną pierwotnie w latach 1967–1982 nakładem Wydawnictwa „Sport i Turystyka”, jej 27 numer niekoniecznie musi was jakkolwiek zachwycić. Jest to jednak pierwszy egzemplarz nowej kolekcji Hachette, w bardzo okazyjnej cenie i daje nam dobry ogląd na to „z czym to się je”. A że nie jest ona wydawana po kolei, to już inna sprawa.

O czym opowiada Skoda TW6163? Już sam tytuł może wam coś zasugerować. Historia przedstawia śledztwo Milicji Obywatelskiej prowadzone przez Kapitan Żbika. Służby znajdują samochód, o rejestracji, którą poznajemy w tytule komiksu, a w nim zwłoki. Ofiara zostaje zidentyfikowana jako prezes spółdzielni rolniczej. Tylko, kto go zabił? Może był to tylko nieszczęśliwy wypadek? A może zbrodnia z premedytacją? Do tego będzie musiała dojść ekipa Żbika w tym odcinku serii.

Komiks przedstawia kolejne kroki podejmowane przez milicjantów w trakcie prowadzenia śledztwa. Wygląda to wręcz niczym dokument, który pokazuje, że funkcjonariusze MO się nie obijają i ciężko pracują, rozwiązując kolejne kryminalne zagadki. Sprawa z tego numeru wydaje się być prosta, ale okazuje się, że wcale tak nie jest i potrzeba wysiłku by ostatecznie sprawca został znaleziony, a dochodzenie zakończone. Mnie spodobał się realizm historii i możliwość zobaczenia procedur milicji, a przede wszystkim, podążanie kolejnymi tropami razem ze śledczymi. Na moje wyróżnienie zasłużył pomysł, by wykorzystać pobliskie szkoły i za pomocą dyktanda rozszyfrować, do kogo mógł należeć zeszyt znaleziony na miejscu zbrodni.

Tym, czym komiks zapada nam w pamięć i się wyróżnia, są ilustracje Grzegorza Rosińskiego. Realizm i detale jego rysunków robią ogromne wrażenie nawet po kilkudziesięciu latach od premiery komiksu. Potrafi nadać im niezwykłej dynamiki i świetnie dobiera także kolorystykę. Nie jest to szarość i kicz, z którymi młodsi czytelnicy mogą utożsamiać PRL. Nie przypadkowe są tutaj porównania do filmu, dzięki płynności z jaką Rosiński zabiera nas przez kolejne kadry.

W tym miejscu należy jeszcze wspomnieć o wydaniu tego komiksu z kolekcji Hachette. Na pewno problematyczny jest wybór akurat tej historii jako pierwszej, gdyż jest to 27 numer oryginalnej serii. Nie przybliża on nam sylwetki Żbika i jego współpracowników, którzy są już ugruntowanymi postaciami. W zasadzie, nie dowiadujemy się niczego na ich temat, oprócz faktu, że ciężko pracują, a Żbik wykazuje się ponadprzeciętnym zmysłem i inteligencją. Ma się jednak trochę wrażenie, że na pierwszym planie jest bardziej całe śledztwo niż główny bohater. Chciałoby się na początek przygody z bohaterem wiedzieć więcej na jego temat i decyzja o tym, że ten numer ukazał się w kolekcji jako pierwszy jest zdecydowanie nietrafiona.

Wydanie ma jednak swoje plusy, którym są dodatki. Wśród nich znalazł się fajny tekst o milicyjnych samochodach w serii, notka o twórcy serii, Jerzym Bednarczyku i fajne zestawienie elementów fabuły zeszytu z ówczesnymi realiami. Znalazło się także miejsce na kalendarium i przybliżenie nam tego jak wyglądały lata 70. w Polsce oraz zagranicznych wpływów na PRL. Całość oceniam na plus. To prosta, ale solidna i świetnie zilustrowana historia, która nie bez powodu jest częścią historii polskiego komiksu. Teraz wolałbym jednak poznawać losy tytułowego bohatera w kolejności chronologicznej.

Ocena: 6/10

Leave a Reply