Mandalorian i Grogu – recenzja filmu

Gwiezdne Wojny były kiedyś franczyzą, na której kolejne odsłony czekało się z niezwykłą ekscytacją. W pewnym momencie, gdy markę przejął Disney, coś zaczęło się jednak psuć, choć wciąż powstawały wartościowe i popularne produkcje, jednakże głównie serialowe. Jedną z nich był The Mandalorian, który w jakimś stopniu na nowo rozpalił wyobraźnię największych fanów, dając im nadzieję na lepsze czasy, po ciężkiej przeprawie z trylogią sequeli. W końcu, zamiast kolejnego sezonu postawiono na film, Mandalorian i Grogu, który po wyniku finansowym poniżej oczekiwań, trafił na Disney Plus.

Sam pomysł na film mnie nie ekscytował. Nie pomógł w tym też fakt, że na premierę trzeba było poczekać trzy lata od zakończenia serialu. W moim przypadku kurz opadł razem ze wspomnianą ekscytacją, choć sam serial naprawdę polubiłem. Gdy przyszła pora na kinowy debiut, nie minęło wiele czasu, a naczytałem się opinii, które nie zachęcały mnie do wizyty w lokalnym kinie, więc przeczekałem do momentu, gdy produkcja pojawi się na platformie streamingowej Myszki Miki. No i co się okazało po obejrzeniu? Nie żałuję, że w maju zostałem w domu.

O czym opowiada najnowszy film z gwiezdno-wojennego uniwersum? To kolejna przygoda tytułowego duetu, który wspiera Nową Republikę walczącą z niedobitkami Imperium. Din Djarin wypełnia kolejne zlecenia od pani pułkownik Ward. Jedno z nich splata jego losy z bezwzględnymi Huttami, gdy wyrusza uratować syna Jabby, Rottę. Wszystko po to, by zdobyć informacje na temat jednego z ukrywających się dowódców wspomnianego Imperium. Wkrótce okazuje się jednak, że sprawa nie jest tak prosta jak początkowo mogło się wydawać.

Zacznijmy od tego, czym według mnie jest największy problem tego filmu. Mandalorian i Grogu to po prostu nic nowego. Nic nowego w małym świecie Mandalorianina i nic nowego w całym uniwersum Star Wars. Jest mnóstwo akcji, w zasadzie lecimy od jednej większej sceny akcji do następnej, jest humor, no bo coś w tym filmie Grogu musi robić, i to w zasadzie tyle. Oryginalny jest co najwyżej Rotta jako pierwszy przypakowany i walczący Hutt, który przypomina, że nie należy oceniać książki po okładce. Poza tym, nie ma tutaj niczego, czego wcześniej w wielu różnych produkcjach z tej franczyzy byśmy nie widzieli.

Fabuła nie oferuje fajerwerków dla dorosłych widzów. Din Djarin, niczym Superman, pokonuje kolejnych wrogów i nawet nie zobaczycie, czy się spocił. Generalnie, w większości scen akcji sprawia wrażenie jakby miał wszystko zawsze doskonale zaplanowane, a potem udaje mu się te plany wprowadzić w życie. Nawet maszynę kroczącą jest w stanie sam zniszczyć, choć dawniej całe zastępy Rebelii nie były w stanie tego zrobić na Hoth. No, ale żeby było zabawnie, ten świetnie wyszkolony wojownik, daje się z łatwością zaskoczyć łowcy nagród i zostaje porwany. Najlepszy jest chyba jednak fakt, że pani pułkownik stara się wbić do głowy Mando, żeby nie zabijał wszystkich wrogów, bo z trupów nie wyciągną żadnych informacji, by w finale wysadzić pewną bazę w powietrze. Jest trochę takich pomysłów w filmie, typowego blockbusterowego bezsensu, ale to zdaje się być wpisane we współczesne produkcje.

Jeśli chodzi o historię nie ma zatem szału. Jakieś cameo są (w tym Martin Scorsese w kosmicznej budzie z kebabem), ale dupy nie urywają. To samo dotyczy zresztą dialogów, no bo główni bohaterowie za dużo nie mówią. Taki już ich urok. O ile nie mam nic do znanego z serialu motywu muzycznego, to reszta ścieżki dźwiękowej, w tym pomysł na kosmiczne rytmy techno, jakoś mi nie leży. Przyczepić nie mogę się za to do realizacji filmu. Zdjęcia, efekty specjalne, montaż są na solidnym poziomie, bez żadnych wpadek, a przynajmniej się ich nie dopatrzyłem. Wygląda to dobrze, choć bardzo często akcja toczy się nocą, w mrocznych pomieszczeniach, w przyciemnionej kolorystyce. Dlaczego? Ciężko powiedzieć. Nie jest to bowiem historia mroczna, czy brutalna, aczkolwiek trochę zabijania tutaj jest.

No i to w zasadzie tyle. Mandalorian i Grogu to taki rozbudowany odcinek serialu z większym budżetem, ale bez większego celu. Ot, kolejna przygoda tytułowej dwójki, która jednak nie zmienia nic w ich życiu, ani nie zmienia nic w Galaktyce. Kilku przestępców mniej i jeden zadowolony Hutt. Następnego dnia zapomnę, że ten film istniał, zapewne tak jak wielu innych widzów. Nawet dzieciakom bym go nie polecił, bo jak dla mnie brakuje tej produkcji kolorytu, a Grogu i grupka równie malutkich mechaników, Anzellan wspierająca go w misji ratunkowej, to chyba jednak za mało by najmłodszych rozbawić w ponurej kolorystyce kolejnych planet. Jest akcji, humor i kosmos, ale może niewielka stawka i myśl, że tutaj nic złego tak naprawdę nie ma prawa się wydarzyć, sprawiają, że po seansie ma się poczucie pustki i niespełnienia? Tak ja zakończyłem moją przygodę z tym tytułem.

Ocena: 5,5/10

Zdjęcia: LucasFilm

Leave a Reply