Wiele jesteśmy w stanie poświęcić dla naszych najbliższych. Tę sytuację najlepiej obrazuje manga Tokyo Revengers, choć robią to w zdecydowanie skrajny sposób, posiłkując się rozwiązaniem rodem ze sci-fi. Bez względu na to, świetnie udaje się jednak przedstawić ten temat, łącząc dramat i rozrywkę. Nie inaczej jest w przypadku szóstego tomu szalonej przygody Takemitchy’ego.
Takemichi wciąż walczy, żeby zostać numer 1 w Toman, naprawić przyszłość i ocalić swoją ukochaną w teraźniejszości. Przez pięć tomów zdążyliśmy się jednak przekonać jak karkołomne jest to zadanie i z jak wieloma przeszkodami przyjdzie mu się zmierzyć. Kolejnym schodkiem do pokonania w drodze na szczyt jest sprowadzenie do gangu Bajiego Keisuke, niegdyś jednego z najlepszych przyjaciół Mikeya, a obecnie członka rywalizującego gangu Valhalli.

Szósty tom Tokyo Revengers to kolejny emocjonalny rollercoaster jeśli chodzi o historię Kena Wakui. Przede wszystkim poznajemy zaskakującą, pełną dramatyzmu historię Bajiego i Kazutory, dowiadując się, co takiego wydarzyło się w przeszłości i oddaliło ich od Toman. To daje nam nowe spojrzenie na jego późniejsze losy. Nasz główny bohater zyskuje też nowego sojusznika w szeregach gangu, którym jest Cifuyu, również pragnąc sprowadzić Bajiego do „domu”. Wszystko zmierza do kulminacyjnego punktu jakim jest konfrontacja w Halloween, czym kończy się ta część historii.
Kolejny raz na jaw wychodzą tajemnice, dzięki którym możemy połączyć przeszłość z teraźniejszością. Autor wciąż potrafi zaskoczyć czytelnika zwrotami akcji. Gdy wydaje nam się, że powoli zaczynamy widzieć większy obraz, Wakui potrafi jednym ruchem wywrócić wszystko do góry nogami! Właśnie dlatego manga jest tak wciągająca i nie przestaje dostarczać pozytywnych emocji na etapie pięćdziesięciu rozdziałów. Co najważniejsze, nie czujemy w tym schematyczności, a kierunek fabuły zaskakuje w najmniej oczekiwanych chwilach.

Autor po raz kolejny umiejętnie łączy akcję, emocjonalny dramat z atmosferą rosnącego napięcia. Do tego dochodzi jeszcze klimat tajemnicy, a kolejne sekrety, które wychodzą na jaw, zawsze są satysfakcjonujące i popychają fabułę do przodu. Wspomniane napięcie potrafi przy tym rozładować za sprawą humoru, którym także bardzo rozsądnie żongluje. Nie ma nudy, za to są emocje, a Tokyo Revengers utrzymuje jak do tej pory naprawdę równy poziom.
W kwestii ilustracji również jest bardzo dobrze. Kolejne postaci, które debiutują na kartach japońskiego komiksu od razu rzucają się nam w oko. Nie ma w ich przypadku mowy o żadnego rodzaju sztampowości. Autor przywiązuje uwagę do wizerunków każdego z bohaterów, świetnie oddając uczucia każdego z nich. Zwłaszcza Takemichi, do czego zdążył już nas przyzwyczaić, utrzymuje pełną ekspresji twarz. Poza tym, w tym tomie mamy mniej bitki, a więcej podążania od jednego tropu do drugiego, co w przypadku tego tytułu zaliczyłbym na malutki minusik.

Nadal bardzo fajnie rozwija się ta manga. Po sześciu tomach zdecydowanie nie mam zamiaru rezygnować z dalszej lektury. Bawię się dobrze i zależy mi na losach kolejnych, barwnych bohaterów. Uwielbiam jak autor mangi potrafi mnie zaskoczyć, a rysunki świetnie komponują się z historią. No i te emocje. Zarówno pozytywne jak i negatywne. To one wciągają czytelnika do świata gangów przedstawionego w mandze. Przed nadchodzącą wielką walką w „Krwawe Halloween” mam po prostu ciarki, bo w Tokyo Revengers może wydarzyć się wszystko, a poświęcenie jest na porządku dziennym. Czekam zatem z niecierpliwością na dalszy ciąg wydarzeń!
Ocena: 7/10
