Latarnie sezon 1. – recenzja serialu

Od czasu przejęcia sterów w DC Studios przez Jamesa Gunna, superbohaterskie uniwersum rozwija się na swój własny sposób, nie oglądając się na konkurencję, ani nie patrząc w przeszłość. Filmy, seriale i animacje stanowią jeden świat, a alternatywne historie zostały odpowiednio sklasyfikowane, by nie mieszać widzom w głowach. Do tej pory DCU wypadało w moich oczach jednak średnio, ale wiele w tym temacie miał zmienić serial Latarnie. Tylko, czy tak się stało?

Film Superman z 2025 roku dał nam do zrozumienia, że w DCU na Ziemi wszędzie może kryć się kosmiczne zagrożenie. Podobnie było zresztą w animacji Koszmarne Komando, w której nawet bohaterowie stanowili zlepek postacie, które normalnie raczej nie ujawniałyby się w społeczeństwie. Nowy serial HBO kontynuuje ten wątek, wysyłając do akcji przedstawiciela Korpusu Zielonych Latarni, gdyż w jego rewirze ma ukrywać się bardzo niebezpieczna istota – Łowca (oryg. Manhunter).

Hal Jordan, znany na całej Ziemi superbohater, Zielona Latarnia od przeszło 30 lat. Nagle zostaje zrzucona na niego bomba w osobie Johna Stewarta, który ma zostać jego… następcą. Bohaterowi ten pomysł zdecydowanie nie przypada do gustu, ale ma ważniejsze rzeczy na głowie. Wyrusza do małego miasteczka w Nebrasce, gdzie dochodzi do strzelaniny w trakcie meczu futbolu amerykańskiego. Hala prowadzi tam przeczucie. Przeczucie, że w sprawę zamieszani są kosmici i tak rozpoczyna się śledztwo dwójki, która absolutnie za sobą nie przepada.

Latarnie do świetnie zrealizowany serial, pełen zwrotów akcji, ze świetnie napisanymi i zagranymi głównymi bohaterami. Napędza go dynamika między Halem, a Johnem, w których brawurowo wcielili się kolejno Kyle Chandler i Aaron Pierre. Do tego castingu absolutnie nie można się przyczepić, a chemię między nimi czuć w każdej interakcji ich postaci. Jak dla mnie, efekty specjalne i sceny akcji to fajny dodatek, a nie kluczowy i najlepszy element serialu, właśnie za sprawą wyżej wspomnianej dwójki.

Z tą dwójką spokojnie mogliby zrobić sitcom. Różnią się chyba wszystkim. Hal jest wygadany, cyniczny, sprytny, nie boi się złamać zasad, żeby osiągnąć swój cel, ani wykorzystywać swojej popularności. Z niejednego pieca chleb jadł i pełną garścią korzysta ze swoich doświadczeń, często nie cackając się. Z kolei John był przez swoich zakręconych rodziców wychowywany na bohatera. To twardy charakter, dorastający w żołnierskiej musztrze, nie naginający zasad, szkolony by żyć bez strachu. Panowie kłócą się od samego początku, w czym oczywiście nie pomaga fakt, że jeden ma zastąpić drugiego. Hal i John reprezentują dwa zupełnie różne sposoby rozumienia odpowiedzialności, odwagi i służby, ale każdy z nich ma też cechy drugiego. John musi nauczyć się, że odwaga nie zawsze oznacza brak strachu, a Hal zaczyna dostrzegać konsekwencje własnego przekonania, że zawsze wie najlepiej. Dzięki temu ich relacja nie jest jedynie kolejnym wariantem schematu „stary wyjadacz + młody następca”. Przy czym Kyle Chandler z miejsca kupił mnie swoją kreacją, a Aaron Pierre rósł w moich oczach z odcinka na odcinek, dotrzymując starszemu koledze po fachu tempa.

Historia zaczyna się fajnie jako kameralne kryminalne science-fiction, w którym najważniejsza jest relacja dwóch bardzo różnych bohaterów. Mamy równowagę między tajemnicą, komedią i dramatem. Są też elementy charakterystyczne dla superbohaterskich produkcji. Jak dla mnie, wszystko powoli się psuje, gdy bohaterowie odkrywają swój cel w Rushville i dochodzi do swego rodzaju finału w połowie sezonu. Choć później serial wciąż ma dla nas niespodzianki i sekrety, utrzymując klimat tajemnicy, to ta część w połączeniu z finałem, nie dały mi wielkiej satysfakcji. Traci emocjonalną głębie, a ostatecznie i tak spodziewałem się jak to musi się zakończyć jeśli chodzi o Stewarta. Nie zadziałało to jako zakończenie serialu, ani nawet jako zakończenie sezonu, jeśli ma nastąpić ciąg dalszy.

Do szóstego odcinka wygląda to naprawdę fajnie. Fabuła jest uporządkowana i trzyma się konkretnych linii czasu (2016 – śledztwo Hala i Johna, 2026 – pokłosie śledztwa i tego, co stało się z Halem), okazjonalnie cofając się w przeszłość by przybliżyć losy młodego Hala i Johna. To daje nam fajne spojrzenie na to z jak zróżnicowanych miejsc wywodzi się dwójka, choć im bardziej zagłębiamy się w ich losy, tym lepiej dostrzegamy w nich pewne kluczowe podobieństwa. Do tego momentu bawiłem się świetnie, gdybając, kto może być kosmitą ukrywającym się w Rushville i zastanawiając się, o co jeszcze pokłócą się tytułowe Latarnie. Ostatnie epizody jednak nieco mnie rozczarowały i nie czułem już emocjonalnego zaangażowania w historię.

Mimo wszystko, spodobała mi się tak poważniejsza, nieco mroczniejsza odsłona DCU niż to, co proponuje nam bezpośrednio James Gunn. Oczywiście, dla widzów poszukujących 100% logiki, mamy tutaj typowe dla tego rodzaju produkcji głupotki, na czele z tym jak nieefektywnie używany pierścień, dający Latarniom moc. Intryga jest jednak na tyle wciągająca, że specjalnie się tym nie przejmowałem, tym bardziej, że widziałem już całe mnóstwo takich filmów i seriali. Można też przyczepić się do tego, że jak na serial o Zielonych Latarniach, to tak naprawdę nie dowiadujemy się zbyt wiele na ich temat. W gruncie rzeczy zostają nam wyłożone pewne podstawy, ale generalnie ma się wrażenie, że wg twórców większość kwestii w tym temacie powinniśmy już wiedzieć. Na pewno nie zauważyłem tutaj całego mnóstwa elementów komiksowej mitologii. Jeśli zadecydowały kwestie finansowe, to można nawet zacząć podważać sens robienia produkcji, które z założenia powinny na pierwszym miejscu trafiać do fanów komiksów.

Jak zatem widzicie, na temat serialu można mieć mieszane odczucia. Jest nierówny. Z jednej strony dostajemy świetnie dobraną dwójkę głównych bohaterów, bardzo dobre aktorstwo i kryminalną zagadkę, która przez większość sezonu potrafi naprawdę wciągnąć. Z drugiej, im bliżej końca, tym bardziej produkcja odchodzi od tego, co czyniło ją wyjątkową, a rozwiązania fabularne mogą rozczarować. To jednak nadal kawał fajnej produkcji, przy której można bawić się naprawdę dobrze. Nie do końca wykorzystuje potencjał, ale zdecydowanie sprawia, że chcę tych bohaterów zobaczyć ponownie, czy to w kinie, czy na małym ekranie.

Ocena: 6,5/10

Leave a Reply