City Hunter sezon 1. – recenzja anime

Lata 80. miały bardzo charakterystyczny klimat, którego dzisiaj mamy okazję doświadczać, oglądając wiele filmów i seriali z tamtego okresu czasu. Nie zawsze muszą one być najbardziej oryginalne, by urzec nas tą atmosferą. Jeśli chodzi o Japonię, to jedną z wyjątkowo zapadających w pamięć produkcji, która wpisuje się w powyższe słowa pozostaje po dziś dzień City Hunter.

1. sezon tej adaptacji kultowej mangi przypada na końcówkę lat 80. i liczy sobie 51. odcinków. Jej specyficzną atmosferę dostrzegamy jednak już od pierwszych minut. Znajdujemy się Tokyo pełnym barwnych neonów i życia pełną garścią. Tam poznajemy głównego bohatera, którym jest Ryo Saeba. Jest tzw. sweeperem, czyli swego rodzaju detektywem, zajmującym się najtrudniejszymi zleceniami. Tylko, że w 99% przypadków musi się to wiązać z obecnością atrakcyjnych kobiet. Mężczyzna jest bowiem beznadziejnym kobieciarzem, który wolny czas, ale także czas pracy spędza na uganianiu się za panienkami, zaglądaniu im pod spódniczki i ogólnym zachwycaniu się ich wdziękami.

Zdecydowana większość odcinków skupia się na kolejnych sprawach, których podejmuje się Ryo, na zasadzie jeden odcinek-jedna sprawa. Na początku współpracuje z przyjacielem Hideyukim Makimurą. Później, jego młodsza siostra, Kaori Makimura przejmuje rolę partnerki Ryo. Fabułę serialu napędza dynamiczna relacja między dwójką oraz kontrast jaki prezentują. Kaori jest bowiem energiczna i regularnie „koryguje” sprośne zapędy głównego bohatera, najczęściej wyciągając ogromny 10, 100, 1000 kilogramowym młotkiem, chociaż nieraz wyczuwamy, że przemawia za nią również zazdrość brakiem zainteresowania i byciem traktowaną jak chłopak. Relacja ta jest tak świetna i zabawna, że mimo schematyczności epizodów, zachęca nas do oglądania.

Od razu zaznaczam. Ta schematyczność epizodów w formie „piękna klientka + problem + Ryo się za nią ugania + Kaori go hamuje + sprawa rozwiązana i happy end” może się w pewnym momencie przejeść. Jednym wcześniej, a innym później. W moim przypadku, nie drażniło mnie to tak bardzo, gdyż główny bohater to niezwykle barwna, a zarazem tajemnicza postać. Choć ugania się za panienkami, to jest zawodowcem, więc gdy trzeba wziąć się do roboty, a nawet sięgnąć po kolta, to zdecydowanie wie co robi i „dowozi”. Sprośne poczucie humoru związane z jego zainteresowaniami jak najbardziej mnie śmieszy i właśnie dzięki tym dwóm elementom, schematyczność mnie tutaj nie drażni.

City Hunter dał mi mnóstwo frajdy. Nie przeszkadzał mi nawet fakt, że u wielu kobiecych bohaterek dostrzegamy pewne podobieństwa w wyglądzie. Pod tym względem różnią się w zasadzie tylko rodzajem fryzury, kolorem włosów i ewentualnie rozmiarem miseczki. Tylko, że skoro Ryo gustuje w konkretnym typie, to nic dziwnego, że przyjmuje zlecenia od takich właśnie przedstawicielek płci pięknej, co z kolei generuje pewną schematyczność wspomnianą we wcześniejszych akapitach. Co jeszcze warte podkreślenia, mimo pewnego schematu, historie opowiadana w poszczególnych odcinkach niosą ze sobą również pewną dawkę ciepła, serca i dramatu, np. gdy bohater doprowadza do pojednania rodziny, czy podążenia za marzeniami przez jedną z klientek. Historie są naprawdę różnorodne i nieraz potrafią poruszyć widza mimo dużej dawki humoru i akcji, które ze sobą niosą.

Świetny klimat jest tutaj z kolei czymś niepodważalnym. Co ciekawe, nieraz ta Japonia lat 80. wyglądała dla mnie bardzo… amerykańsko, co pewnie po części wpływa na ten klimat. Bohaterowie mieszkają bowiem w kamienicy rodem z Nowego Jorku, Ryo korzysta z kolta, a nawet muzyka ma w sobie coś z amerykańskich seriali kryminalnych tamtych czasów. Większość roboty wykonuje neonowe, tętniące życiem Tokio i nocne życie, które wiele odcinków przedstawia (wizyty w barach i restauracjach, regularne starcia z mafią, a w samym centrum piękne kobiety w potrzebie). Pochwalić muszę jeszcze dwa, świetne i energetyczne intra (z piosenkami (Ai yo Kienaide i Go Go Heaven) oraz ending (Get Wild) oddają tę dynamiczną, łączącą erotyzm, komedię i akcję atmosferę.

Jeśli chodzi o styl animacji, to wygląda ona tak jak większość produkcji z lat 80. Nie da się ukryć, że się zestarzała, a niektóre ruchy i bardziej statyczne fragmenty serialu bywają niedopracowane. Lepiej to wygląda w scenach akcji, w których dominują pościgi, strzelaniny, wybuchy, itp. Niemniej, udaje się tutaj stworzyć ten unikalny klimat, mieszając elementy realizmu z przerysowanym humorem. Na tyle przyjemnie oglądało mi się kolejne perypetie Ryo, że nie zwracałem wielkiej uwagi na słabsze strony tego stylu. Najistotniejsze jest to, że jakiekolwiek słabsze strony produkcji nie umniejszają wielkiej frajdy jaką dał mi City Hunter w 1. sezonie.

Moja ocena sezonu byłaby jeszcze większa, gdybym dostał jednak pewien motyw przewodni, nie skupiając się jedynie na kolejnych klientach Ryo. Zwłaszcza, że widać taki potencjał, gdyż o głównym bohaterze tak naprawdę wiemy niewiele. Miło byłoby, gdybyśmy częściej poznawali fragmenty jego przeszłości, które składałyby się na portret postaci, z którą mamy do czynienia w kolejnych epizodach. Zamiast tego jest akcja i komedia. Piszę to jednak po obejrzeniu tylko 1. sezonu, więc może w dalszej części coś się w tym aspekcie zmienia.

Podsumowując, mimo wymienionych przeze mnie, niewielkich minusów, anime daje mnóstwo rozrywki. W 100% kupiło mnie akcją, humorem, klimatem lat 80., charakterem Ryo i jego relacją z Kaori. Nie dziwię się, że dla wielu widzów to klasyk, co zresztą skłoniło mnie do obejrzenia 1. sezonu. Najlepiej będzie jeśli przekonacie się na własnej skórze, ile frajdy potrafi zaserwować City Hunter.

Ocena: 7,5/10

Leave a Reply