Dragon Ball Full Color: Saga o androidach i Cellu tom 5 – recenzja mangi

Przed najbardziej ekscytującym momentem danej historii, zazwyczaj napięcie sięga zenitu. Nie mamy do końca pewności co się wydarzy. Może ktoś zginie, a ktoś inny się skompromituje. Może czeka nas spodziewany w największym stopniu rezultat, a może czeka nas nie lada niespodzianka. Tej chwili czasu towarzyszy wiele emocji i pytań, i nie inaczej jest w piątym tomie Dragon Ball Full Color: Saga o androidach i Cellu.

Czas na przedostatnią część tej sagi, której wisienką na torcie ma być konfrontacja z perfekcyjną formą Cella. Zanim jednak do niej dochodzi, czeka nas cisza przed burzą, uspokojenie emocji i odrobina relaksu. Kto by pomyślał, że poza samymi walkami, Goku wpadnie na jakiś dobry pomysł? Nie ja, ale tutaj Toriyama mnie zaskoczył, no i przypomniał wszystkim o tytule swojej mangi. W końcu Smocze Kule zdecydowanie przydadzą się, jeśli tylko uda się pokonać największego jak do tej pory przeciwnika naszych bohaterów.

Jak zawsze, wizualnie Dragon Ball Full Color wygląda wspaniale. No po prostu jak Dragon Ball Z na sterydach. Kolory są mocniejsze i żywsze, a sceny akcji jeszcze bardziej dynamiczne. Co prawda, w tym tomie mamy troszeczkę mnie akcji niż zazwyczaj (pierwsza część skupia się na ostatnich przygotowaniach do turnieju), ale początek ostatecznej konfrontacji z Cellem zdecydowanie przyspiesza bicie serca i nie brakuje w nim niespodzianek.

Akira Toriyama, gdzieś w tym napięciu przed główną walką znalazł miejsce na komedię. Świetnie wkomponował ją w tę część mangi, wcale nie wybijając nas z rytmu. No i w tym miejscu pojawia się Mr Satan, mistrz świata sztuk walki przekonany o swojej wielkości, bez grama strachu podchodzący do konfrontacji z Cellem. Wszyscy spodziewamy się jak to się skończy, ale jego arogancja i pewność siebie robi z tego kawał przezabawnego wątku. I jeszcze pokazywanie złoczyńcy „fucków” przez reportera, który relacjonuje walkę. No po prostu padłem ze śmiechu.

Świetne jest również zakończenie tego tomu, które pozostawia nas z idealnym cliffhangerem przed ostatnią częścią tej sagi. Do walki staje chyba najmniej oczekiwany z wojowników, ale to co wydarzy się na początku kolejnego rozdziału tej historii, może mieć znaczący wpływ na to jak cała saga się zakończy. No i Toriyama bardzo fajnie spina klamrą kilka ostatnich sag, od czasu pojawienia się na Ziemi Saiyan, aż do teraz. Chociaż generalnie czuć pismo nosem jeśli chodzi o ostateczny finał, to jednak ekscytacja utrzymuje się wciąż na wysokim poziomie, a fabuła nadal jest pełna emocji i angażuje żądnego akcji czytelnika.

Dragon Ball to jedna z najrówniejszych shōnenowych serii w historii i najnowszy tom wydania Full Color tylko to potwierdza. Można ocenić go kapkę niżej od czwartego, ale tylko ze względu na mniejszą ilość akcji i zwolnienie tempa na samym początku. Nie odbiera to jednak serii ani grama ekscytacji jaką wciąż nam przynosi. Postaci, w walce, czy nie, prezentują się świetnie, od rozpierduchy nie chce oderwać się wzroku, a w naszej wyobraźni wciąż rodzą się kolejne scenariusze pojedynków. Absolutnie się nie zawiodłem!

Ocena: 7,5/10

Leave a Reply