„Alita: Battle Angel” – Dużo efektów, mało historii

„Amerykanie znów biorą się za japońskie komiksy. Już się boję co z tego wyjdzie”. Taka była moja pierwsza myśl gdy dowiedziałem się o planach na ekranizację powieści graficznej Yukito Kishiro, pt.”Gunnm” na świecie lepiej znanej jako „Battle Angel Alita. Moje doświadczenia z tego typu produkcjami były bowiem jak do tej pory kiepskie i niestety „Alita” w pełni mi ich nie rekompensuje.

Producentem filmu został James Cameron, czyli kinematograficzny guru jeśli chodzi o science-fiction. Wybór reżysera mógł jednak zadziwić niejedną osobę, gdyż padło na Roberta Rodrigueza, którego kojarzymy z zupełnie krwawymi filmami akcji przepełnionymi brutalnością oraz specyficznym poczuciem humoru by wymienić choćby „Desperado”, „Maczetę”, czy „Od zmierzchu do świtu”.

„Alita: Battle Angel” przenosi nas w daleką przyszłość do 2564 roku. Świat zmienił się w wyniku „Wielkiej Wojny”, a najważniejszą rzeczą jaką powinniśmy o nim wiedzieć jest rozwój cybernetyki. Cyborgów jest tu co nie miara. Przechodząc ulicą zawsze dostrzeżesz osoby uzbrojone w mechaniczne ręce, nogi albo nawet całe ciało.

Naszą tytułową bohaterkę poznajemy w zasadzie dzięki przypadkowi. Przeszukujący wysypisko śmieci dr Dyson Ido natrafia na dobrze zachowaną głowę. Po jej bliższym badaniu okazuje się, że zawiera ona w pełni nienaruszony mózg, a tajemniczą osobę można spokojnie przywrócić do życia i tak też robi nasz poczciwy bohater.

Bohaterka straciła pamięć i próbuje sobie przypomnieć kim tak naprawdę jest. Ido nazywa ją Alita na część swojej córki. I w tym miejscu pojawiają się pierwsze problemy filmu. Zostajemy zarzuceni ogromną ilością informacji. Bohaterka, to w końcu niezapisana karta, więc ekscytuje się wszystkim, od swojego wyglądu, przez smak różnych dań, aż po niezwykłą dyscyplinę sportu – Motorball. W krótkim odstępie czasu dowiadujemy się o całym mnóstwie rzeczy, które niekoniecznie są nam potrzebne.

Spytacie mnie „Gdzie ta historia tak właściwie zmierza?”. Sam się nad tym zastanawiałem. Gdy bohaterka odzyskuje część swoich wspomnieć i łączy ze sobą fakty, znamy już jej cel. Cel, którego ostatecznie nie realizuje, za to na drodze do którego pokonuje wiele przeszkód i zabija wiele osób

W tym miejscu warto zapoznać się z innymi postaciami. Poznajemy nie jednego, nie dwóch, a kilkunastu łowców-wojowników, którzy za opłatą realizują listy gończe. Większość z nich ma nie tylko nieprzyjemną facjatę, ale również odpychający charakter. Na ich czele stoi Zapan. Są także ludzi pracujący przy wspomnianym już Motorball. Za sznurki pociąga Vector, a pracuje dla niego Chiren, była żona Ido. W swojej pracy nie przyświecają im żadne wartości i wyznają tylko jedną życiową zasadę – po trupach do celu. Jak możecie się domyśleć, stają na drodze głównej bohaterki, co nie kończy się przyjemnie.

Ale „Alita: Battle Angel” ma oczywiście plusy, a największym z nich są efekty specjalne. Miasto złomu oraz wiszące nad nim Zalem są przepiękne. Podobnie zresztą jest w przypadku wszystkich cybernetycznych części ciała, połyskujących metalicznym blaskiem. No i jest jeszcze sama Alita i jej słodka i niewinna twarzy wygenerowana komputerowo, jak najwierniej przypominająca komiksową postać.

Kolejnym plusem są niewątpliwie walki. Są one naprawdę brutalne. Członki lecą na wszystkie strony, niektórzy zostają przecięci w pół, inni przedziurawieni, a z czasem można odnieść wrażenie, że obrywa się każdemu.  Przykry los spotyka nawet bezbronnego pieska, który znalazł się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie.  Pomimo tej brutalności pojedynki robią jednak ogromne wrażenie oraz uzmysławiają widzowi, że główna bohaterka to zabójca w ciele nastolatki.

Co do aktorstwa, to ciężko tu kogokolwiek wyróżnić. Obsada jest gwiazdorska. Wystarczy wspomnieć tu o laureatach Oscarów w osobach Christophera Waltza, Mahershali Ali oraz Jennifer Connelly. To świetni aktorzy, ale odniosłem wrażenie że sami nie do końca kupują ten świat i tę historię i nie zanurzyli się w nią wystarczająco głęboko. Wszystko kręci się tu wokół Ality, a w tej roli wystąpiła Rosa Salazar i jako najważniejszy element tego filmu wypadła naprawdę przekonująco.

Ostatecznie, największą bolączką produkcji jest fakt, że zmierza donikąd, zostaje zawieszona w czasie i po niezłym wstępie następuje bardzo długie rozwinięcie i tylko zakończenia nie widać. Rozumiem, że twórcy chcieli zostawić sobie furtkę do kontynuacji, na kilka sekund pojawił się nawet główny cel Ality – tutaj wielka niespodzianka. 

Krótka przerwa dla wszystkich osób, które miały do czynienia z powieścią graficzną na podstawie, której stworzono film. Od razu trzeba powiedzieć, że jest to bardzo luźna adaptacja. Adaptacja, która miesza wiele różnych wątków, które w komiksie były szczegółowo opowiadane w ramach oddzielnych tomów, a tutaj wrzucono je do jednego wora. W hollywoodzkiej produkcji brakuje także poważnych tematów poruszonych w pierwowzorze. Nie ma o trudach życia w Mieście Złomu, o podległości wobec podniebnego miasta, o głębokich relacjach, przede wszystkim Alitay z Ido. Pod względem ekranizacji komiksu, „Alita: Battle Angel” zawodzi na każdym polu poraz efektami specjalnymi.

Jest wątek miłości ojcowskiej oraz miłości dwójki młodych ludzi, ale oba są bardzo płytkie i powierzchowne. Jakikolwiek poważny element tej historii ginie pod naporem efektów specjalnych i chęci przyciągnięcia do kina jak największej ilości widzów. Każdego jednak nie zadowolisz i niestety ja zaliczam się do tej grupy. 

Ocena: 6/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s