„Goldfinger” – Bond w starciu z godnym rywalem

Poznaliśmy już nieco postać Jamesa Bonda w wykonaniu Seana Connery’ego, zdążyliśmy przyzwyczaić się do jego wdzięku, siły i charyzmy. Po dwóch pierwszych częściach przygód agenta Jej Królewskiej Mości pozostały tylko dobre wrażenia i z nadzieją podchodziłem do seansu filmu numer trzy z serii, czyli „Goldfinger”. Jednakże w przypadku tego tytułu, w porównaniu z poprzednimi zaczęły pojawiać się pewne wątpliwości co do 007.

Film zaczyna się nietypowo. Trafiamy w sam środek jednej z misji wykonywanych przez Bonda. Tym razem główny wątek historii nie zostaje nam przedstawiony od samego początku, a oglądając pierwsze minuty nie wiemy czego się spodziewać. Oczywiście, Bond robi swoje, a potem? Potem ma wakacje, ale nie na długo, bo zagrożenie dla całego świata czai się tuż za rogiem.

Nie czekamy długo, a zupełnie przypadkiem poznajemy nowy cel 007, obracającego złotem milionera, oszusta, faceta po spojrzeniu na którego od razu na myśl przychodzi określenie złoczyńca, czyli Aurica Goldfingera. Źle mu z gęby patrzy, a nasz główny bohater szybko to dostrzega. Tym co przyciąga go do kryminalisty nie jest jednak złoto, ale kobieta i to właśnie ona sprawia, że przez niecałe dwie godziny mamy do czynienia z najbardziej osobistą misją Bonda.

Szybko w oczy rzuci się wam fakt, że Bond z każdą kolejną częścią jest coraz większym kobieciarzem i ma coraz mniejsze opory w używaniu przeróżnych technik by zdobywać piękności (czasem nawet siłą), które jak zwykle mu ulegają. Bond przekona do siebie nawet homoseksualistkę o jakże cudownym imieniu Pussy Galore, które z jakiegoś powodu postanowiono przetłumaczyć na Cipcia Obfita! Dzisiaj takie akcje w wykonaniu Jamesa z pewnością by nie przeszły przez co na zachowanie agenta patrzymy nieco zniesmaczeni.

Akcji w filmie jest co nie miara. Więcej efektów specjalnych, wybuchów, spektakularne pościgi i nieco żenujące walki Bonda wręcz, który jako były żołnierz i członek służb specjalnych powinien lepiej prezentować się w bezpośrednim starciu. Niestety ten ostatni element wypada w filmie blado i nie musimy wysilać wzroku by dostrzec markowane ciosy i niedorzeczne fikołki.

Sama historia trzyma jednak w napięciu. W zasadzie do samego końca nie jesteśmy w stanie przewidzieć jak Bond pokona swojego wroga, bo co do tego nie mamy wątpliwości. Goldfinger wypada tutaj na zdecydowanie najbardziej charyzmatycznego i złowieszczego przeciwnika z jakim agent 007 miał okazję do tej pory się zmierzyć. Jego inteligencja i przebiegłość czyni go najciekawszą postacią filmu.

„Goldfinger” miał swoją premierę w 1964 r., ale nawet dzisiaj jesteśmy w stanie docenić dźwięk w filmie, za który zresztą ten tytuł otrzymał Oscara. Sama ścieżka dźwiękowa jest jak zwykle mocno ograniczona i głównie oparta na motywie przewodnim serii, ale już czołówka z niezapomnianym wykonaniem Shirley Bassey robi ogromne wrażenie i szykuje nas na kolejną fantastyczną, tajemniczą, pełną akcji przygodę agenta w służbie Jej Królewskiej Mości.

Ciężko powiedzieć, czy „Goldfinger”, to film lepszy niż „Doktor No” czy „Pozdrowienia z Rosji”, ale z pewnością jest to tytuł nieco inny od swoich poprzedników, czy to ze względu na formę czy głównego rywala Bonda. Niewątpliwie jednak jest to produkcja, która zapada w pamięć, podkreśla świetną kreację Seana Connery’ego i sprawia, że z niecierpliwością wyczekujemy kolejnej misji Jamesa Bonda.

Ocena: 7/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s