Recenzja filmu „Kosmiczny mecz: Nowa era”

Plakat filmu Kosmiczny Mecz: Nowa era

Wiele filmów oglądamy przede wszystkim dla aktorów czy aktorek grających główne role. Nie zawsze kierujemy się opisem fabuły danej produkcji. W przypadku najnowszego hitu studia Warner Bros. część osób postanowiła obejrzeć go ze względu na postać gwiazdy NBA i współczesnej popkultury, LeBrona Jamesa. Ja należę jednak do drugiej grupy, która kierowała się chęcią zobaczenia kolejnego koszykarskiego widowiska z bohaterami „Zwariowanych Melodii”.

Na początek chciałbym podkreślić, że według mnie porównania z „Kosmicznym Meczem” Michaela Jordana są bez sensu. Film ten miał premierę 25 lat temu, czasy się zmieniły i zmienili się również widzowie, w szczególności zaś ci najmłodsi czyli główni odbiorcy filmu. Dlatego też, oceniając to widowisko nie będę zestawiał go z tytułem z ubiegłego wieku.

Fabuła „Nowej ery” jest prosta jak budowa cepa. Młody LeBron był wielkim talentem koszykarskim, ale nie był w pełni skupiony na sporcie. Gdy uświadomił mu to jego trener i nakierował na odpowiedni tor, dopiero wtedy James mógł pokazać 100% swoich możliwości. Wiązały się z tym zarówno sukcesy sportowe jak i poza koszykarskie – własne biznesy, miliony śledzących w mediach społecznościowych, wsparcie ruchu Black Lives Matter, itd.

Przechodzimy do czasów obecnych, a tam poznajemy rodzinę gwiazdy. Skupiamy się jednak na jego najmłodszym synu Dominiku. Ten, nieco podobnie jak jego ojciec przed laty, jest rozdarty między świat koszykówki, a świat gier wideo. Różnica jest jednak taka, że jego pasją jest tworzenie gier komputerowych oraz wszystko co związane z wirtualną rzeczywistością, a do grania w kosza jest przymuszany przez – nie bójmy się użyć tego słowa – surowego tatę. Dostrzegamy konflikt na linii ojciec – syn i już wiemy w jakim kierunku będzie zmierzać ta historia. W końcu jakoś będą musieli się pogodzić.

Jedyne czego nie wiemy, to jak do akcji wkroczą animowane postacie „Zwariowanych Melodii”. Tutaj wkracza nowa technologia i główny antagonista filmu. Nazywa się Al G. Rhythm, co można łatwo odszyfrować jako zabawę ze słowem algorytm, którym zresztą ekranowy złoczyńca jest. Czuje się niedoceniany i uważa, że w połączeniu z marką LeBrona Jamesa wreszcie otrzyma szacunek, na który zasługuje. Gdy koszykarz okazuje się być nie przekonanym co do tego pomysłu, algorytm porywa jego syna i zmusza gwiazdę do stoczenia meczu koszykówki.

Jak zatem widzicie, nie jest to historia bardzo oryginalna. Mamy ojca, który musi zrozumieć gdzie popełnił błąd w wychowaniu syna i zmienić swoje postępowanie. Takich filmów była już cała masa tylko, że głównej roli nie grał w nich koszykarz oraz plejada animowanych postaci. Tym co przyciąga uwagę widzów jest wykorzystanie przez twórców wszystkich franczyz należących do Warner Bros. Nawet gdy na ekranie przez chwilę pojawiają się Wieczny Król z „Gry o Tron”, róże wersje wroga Batmana – Pingwina, King Kong, Stalowy Gigant i wielu, wielu innych, miłośnicy filmów amerykańskiego studia mają wielką frajdę.

Głównym problemem filmu „Kosmiczny mecz: Nowa era” jest według mnie fakt, że choć w założeniu jest to kino familijne, to znajduje się tu wiele żartów i odniesień, który najmłodsi nie zrozumieją. Widowisko oglądałem przy maksymalnie zapełnionej sali, a rzadko słyszałem śmiejące się dzieci. Częściej dało się usłyszeć ich rodziców, którzy chociażby właśnie załapali żart dotyczący częstych zmian barw klubowych Jamesa. Mało który ośmio- czy dziesięciolatek takie teksty zrozumie.

Dodatkowo jest tutaj dużo nawiązań do oryginalnego „Kosmicznego Meczu”. Bugs i spółka co jakiś czas wspominają, że kiedyś grali już w koszykówkę, ale niemal do samego końca nikt nie wspomina o tym wprost. Zwieńczeniem tych odniesień jest przezabawna scena, w której kot Sylwester twierdzi, że znalazł na widowni Michaela Jordana by za chwilę okazało się, że rzeczywiście jest to Michael Jordan, a tak właściwie to aktor Michael B. Jordan! No i powiedzcie mi, że dzieciaki to załapią i uśmieją się do rozpuku.

Dla starszego widza, który pamięta „Kosmiczny Mecz”, „Nowa Era” będzie filmem prostym, ale pełnym rozrywki i nostalgii, a dzięki tym elementom tytułem satysfakcjonującym. Jest tutaj dużo szalonej akcji rodem z „Looney Tunes”, a nawet sam LeBron daje radę. W końcu do tej pory dał on nam się poznać jako charyzmatyczna gwiazda, a w filmie długimi momentami grał faceta, który ma fioła na punkcie swoich zasad i nie uznaje od nich żadnych odstępstw, te zasady przesłaniają mu rzeczywistość. Myślę, że koszykarz świetnie się spisał, podobnie zresztą jak Don Cheadle, odtwórca roli Al G. Rhythma. Widać, że dobrze się bawił tą rolą, a bądźmy szczerzy, większość postaci i otoczenia aktorów, to tylko zielone tło, a najważniejsza jest tu wyobraźnia gwiazd. Moim zdaniem wspomniana dwójka spisała się na medal, biorąc pod uwagę mankamenty scenariusza.

Podsumowując, „Kosmiczny mecz: Nowa era”, to nudny choć kolorowy i zabawny film dla dzieci i naprawdę fajna, nostalgiczna, pełna akcji rozrywka dla starszych widzów. Znajdzie się też coś dla fanów koszykówki, a samo wykonanie od efektów specjalnych po grę aktorską jest naprawdę przyzwoite. Znośny jest nawet dubbing chociaż ten też utrudnia zrozumienie niektórych scen czy dowcipów. Myślę, że film studia Warner Bros. idealnie sprawdzi się jako rozrywka na Blu-Ray, DVD, czy w serwisach streamingowych, ale na dwugodzinną wycieczkę do kina z całą rodziną nadaje się średnio.

Ocena: 6/10

Zdjęcia: WarnerBros.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s