„Ta historia wydarzyła się naprawdę”. To hasło zawsze zachęca mnie do obejrzenia filmu czy serialu. Tym bardziej, gdy po przeczytaniu krótkiego opisu zupełnie nie chce mi się w to uwierzyć. Jednak nie zawsze w takim przypadku w parze z ciekawą fabułą idzie jakieś ważniejsze przesłanie, choć tytuł o którym za chwilę wam opowiem jak najbardziej łączy w sobie te dwa elementy.

„Czarne bractwo. BlacKkKlansman” to film Spike’a Lee, który miał premierę we wrześniu ubiegłego roku, a w styczniu miał swoją premierę na nośnikach cyfrowych. Został m. in. nagrodzony Oscarem i nagrodą BAFTA za najlepszy scenariusz adaptowany, więc gdy w moje ręce wpadło wydanie na DVD, nie mogłem sobie odmówić seansu.

Film opowiada historię Rona Stallwortha, który w latach 70. ubiegłego wieku został pierwszym czarnoskórym gliniarzem w szeregach policji Colorado Springs. Wraz z zespołem detektywów zajął się infiltracją struktur Ku Klux Klanu, by zapobiec ich rosnącym wpływom w mieście oraz nadchodzącej katastrofie. Brzmi nierealnie, ale tak było.

Przez historię przechodzimy bardzo płynnie i szybko. Spike Lee z zacięciem dokumentalisty przeprowadza nas przez kolejne poczynania grupy detektywów i stara się jak najdokładniej zarysować nam tło polityczno-społeczne historii. Wydarzeniom towarzyszy wspaniała ścieżka dźwiękowa. Usłyszycie takich artystów jak James Brown, Prince, czy The Temptations czyli lata 70. na całego, a do tego trzeba jeszcze dołożyć utwory skomponowane specjalnie na potrzeby filmu przez Terence’a Blancharda. Świetnie się to ogląda i słucha.

Fabuła została przedstawiona z dystansem i na luzie. Na pierwszym planie cały czas jest oczywiście poważny wątek konfliktów na tle rasowym, ale reżyser zdecydowanie ułatwił widzom seans jego filmu. Jest akcja, jest humor, a napięcie cały czas rośnie. Odniosłem jednak wrażenie, że ta  historia nie została w pełni wyczerpana, a niektóre wątki zasługiwały na dokładniejsze opowiedzenie i rozwinięcie.

Aktorsko jest naprawdę dobrze. Świetnie wypada Adam Driver, a w głównej roli nieźle radzi sobie John David Washington, choć wydaje mi się, że jego postać z czasem wychodzi na mało ważną w obliczu wydarzeń, w których bierze udział. Najmilszym zaskoczeniem jest jednak Jasper Pääkkönen, filmowy Felix, jeden z członków „organizacji” (sami tak się nazywają), którego w każdej scenie po prostu chce się udusić. Zło w czystej postaci.

Bardzo mocne jest zakończenie, bo Spike Lee przypomina nam, że niestety, ale walka trwa cały czas, a choćby nie wiem jak tacy ludzie jak Ron Stallworth się starali, to nadal muszą uginać się pod naporem rasizmu, konserwatyzmu i hierarchii w służbach publicznych. Film polecam każdemu widzowi, tak młodemu jak i starszemu, bo nawet jeśli nie przekonują was historie o tak mocnym wydźwięku społecznym, to „BlacKkKlansam” serwuje nam dawkę akcji i zaskoczeń, że warto poświęcić mu czas.

Choć jako Polacy daleko nam do tych problemów, ważnym jest by zatrzymać się na chwilę i zastanowić nad tym co Spike Lee próbuje nam powiedzieć w „Czarne bractwo. BlacKkKlansman”. Wszyscy jesteśmy częścią jednej wielkiej rodziny i jeśli mamy dostrzegać w sobie jakiekolwiek wady, to jedną z nich nie może być kolor skóry.

Ocena: 8/10

Leave a Reply

%d bloggers like this: