Recenzja filmu „Legion samobójców: The Suicide Squad”

Wśród filmów, na które w wyniku pandemii Covid-19 przyszło nam dłużej czekać, na pierwszym miejscu mojej listy znalazł się nowy Legion Samobójców. Już sam fakt, że jego reżyserem został James Gunn, który zachwycił mnie swoją pracą przy Strażnikach Galaktyki sprawił, że oczekiwania wobec produkcji znacznie wzrosły. Z czasem doszła jeszcze fantastyczna obsada, komplet najbardziej obskurnych postaci ze stajni DC i pełne akcji i humoru zwiastuny. Czy filmowi udało się sprostać moich wysokim oczekiwaniom? Nie do końca.

Fabuła filmu jest prosta. W amerykańskim więzieniu Belle Reve osadzeni są jedni z najniebezpieczniejszych, a zarazem najdziwniejszych złoczyńców świata. By ich długie wyroki były skrócone dostają możliwość uczestniczenia w specjalnych misjach. Jest jednak pewien haczyk. W ich ciele zostają umieszczone ładunki wybuchowe, które zostaną zdetonowane jeśli spróbują uciec i sprzeciwią się rozkazom. By cokolwiek ugrać muszą stać się częścią Legionu Samobójców organizowanego przez bezwzględną, dążącą do celu po trupach Amandę Waller.

Tym razem grupa bohaterów musi zinfiltrować małe państwo Corto Maltese, dotrzeć do twierdzy i zniszczyć wszystko związane z prowadzonym tam projektem „Starfish”. Zadanie w teorii proste szybko się komplikuje, gdyż szefowa zespołu zaplanowała wszystko wedle swojego widzi mi się i nie obchodzi ją kto zginie, a kto przeżyje, byleby misja została wykonana, a Stany Zjednoczone bezpieczne.

Oglądając film, szybko orientujemy się że znacznie przewyższa swojego poprzednika, czyli film w reżyserii Davida Ayera z 2016 r. Tam nie tylko mało co „trzymało się kupy”, ale już same świetnie zrobione zapowiedzi przedstawiały nam zupełnie inny film niż ten, który później mieliśmy okazję obejrzeć. Fabuła była nudna i pełna dziur logicznych, nie było czuć chemii między członkami obsady, a scenariusz i dialogi były słabe i drętwe. W przypadku filmu Jamesa Gunna jest zupełnie inaczej.

Reżyser doskonale załapał konwencję Legionu Samobójców. Tutaj nie do końca chodzi o samą misję, co o oczekiwanie widza na to kto dokładnie umrze i w jaki sposób ta śmierć będzie miała miejsce. Bądźmy szczerzy, nikt nie spodziewał się chyba przed seansem, że większość bohaterów przeżyje, prawda? Gunn rozpoczął swoją pracę od skompletowania idealnie dopasowanej do ról obsady. Nie znalazłem tu żadnej postaci, która wydawałaby się nie pasować do tej szalonej historii. Świetnie spisują się zarówno wielkie gwiazdy takie jak Idris Elba czy Margot Robbie jak i mniej znani aktorzy by wymienić chociażby Davida Dastmalchiana czy Danielę Melchior. Każdy z głównych bohaterów ma swoją chwilę chwały i okazję by popisać się przed widzem, robiąc z tych momentów doskonały użytek.

Następnie trzeba było w odpowiednio efektywny i zabawny sposób stworzyć sceny akcji i niespodziewane, oryginalne podejście do śmierci poszczególnych postaci. Na szczęście James Gunn, to facet z niezłym poczuciem humoru, a w swojej komedii niczym się nie ogranicza. Stąd żarty mogą dotyczyć najbardziej obleśnych rzeczy, np. obciągania tysiąca penisów, zjadania ludzi, czy zabijania mężczyzn, kobiet, a nawet dzieci. Reżyser spektakularnie pozbywa się kolejnych postaci, krew leje się we wszystkich kierunkach, a to wszystko bez wielkich supermocy, a raczej dzięki wyszkoleniu i doświadczeniu bohaterów. Akcja oraz efekty specjalne wywierają bardzo pozytywne wrażenie, ale w pewnym momencie czuć już przesyt tym całym zabijanie, bo ile można? W moim przypadku sprawiło to, że nie wyczekiwałem zakończenia filmu z ekscytacją, a raczej z nutką znudzenia.

Skoro już przy problemach nowego Legionu Samobójców jesteśmy, to trzeba powiedzieć, że słabo zadziałały dramatyczne fragmenty, które twórca umieścił w scenariuszu. Elementy komediowe są świetne i przez większość seansu nie słyszałem żeby widzowie się z nich nie śmiali. Opowiadając o nowych bohaterach James Gunn musiał jednak przedstawić nam ich przeszłość czy pochodzenia tak byśmy mogli lepiej zrozumieć ich położenie i motywacje. Ten dramatyzm kiepsko komponuje się z całą resztą czyli humorem „tylko dla dorosłych”, zabijaniem i dynamicznymi potyczkami Ricka Flaga, Bloodsporta, Peacemakera i całej reszty. To są te momenty gdy zaczynamy lekko odpływać w świat snu, choć muszę przyznać, że sam pomysł, np. na postać Ratcatchera, czy nienawiść Polka-Dot Mana do matki były oryginalne i ciekawe. Po prostu nie pasowały mi do konwencji filmu i wydaje mi się, że lepiej sprawdziłyby się w takiej formie jak serial.

Na osobną pochwalę zasługuje z kolei ścieżka dźwiękowa, idealnie pasująca do całego tego szaleństwa i chaosu, który ma miejsce na ekranie. W ścieżce dźwiękowej znalazły się przeróżne gatunki muzyki, od utworu Johnny’ego Casha, przez punk rockowy zespół Culture Abuse, aż po „Hey” kapeli The Pixies. Nuta wpada w ucho, choć z pewnością nie w takim stopniu jak ma to miejsce w Strażnikach Galaktyki. Trzeba jednak przyznać, że spełnia swoje zadanie podkreślając zarówno momenty komediowe, sensacyjne jak i dramatyczne.

Generalnie, moje wrażenia po obejrzeniu najnowszego Legionu Samobójców są pozytywne. To były przyjemnie spędzone dwie godziny seansu. Film to świetna, niczym nieograniczona rozrywka, która pozwala oderwać się od długich gorących dni i ciężkiej pracy. Nie jest to tytuł wybitny, o którym będziemy mówić przez kolejne lata, ale to świetny sposób na spędzenie wolnego czasu w większym gronie i wcale nie musicie być znawcami komiksów, czy wiernymi fanami marki DC by mieć ubaw z zakręconej historii Jamesa Gunna.

Ocena: 7/10

Zdjęcia: warnerbros.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s