Recenzja filmu „Venom: Let there be Carnage”

Tworzenie kontynuacji filmów nie należy do najłatwiejszych. Tym bardziej jeżeli pierwsza część odniosła sukces, w szczególności finansowy. Presja na twórcach by dorównać ich wyczynowi, a wręcz go przewyższyć na pewno w jakimś stopniu się na nich odciska. Do tego oczekiwania zainteresowanych widzów zawsze są wysokie i często ciężko jest je spełnić. Czy tą sztukę udało się osiągnąć w przypadku drugiej części kasowego hitu o pewnym symbiocie z odległej galaktyki? Zapraszam do recenzji filmu „Venom: Let there be Carnage”.

Co słychać u Eddiego Brocka? Nasz bohater nadal zajmuje się dziennikarstwem, nie odzyskał swojej narzeczonej, w której wciąż jest zakochany, a na dodatek przyczepił się do niego szalony seryjny morderca, czekający na karę śmierci. Zapomniałbym jeszcze o jednej kwestii. Cały czas jest połączony z symbiotem z kosmosu Venomem, którego trzeba jakoś nakarmić. Ten lubuje się w ludzkich mózgach, ale póki co musi mu wystarczyć czekolada i móżdżki kurczaków.

I tak Eddie wraz z Venomem wiodą w miarę spokojny jak na okoliczności takiego związku żywot. Gdyby kosmita lepiej się kontrolował, w zasadzie nie mielibyśmy tego filmu. Utrata kontroli w obecności mordercy Cletusa Kasady’ego i ugryzienie bohatera powoduje narodziny nowego, czerwonego symbiota Carnage’a. Ten, niestety ma zdecydowanie gorszy charakter niż jego tatuś i postanawia go zabić. W ten oto sposób, w dużym skrócie, mamy drugą część Venoma. Szału nie ma.

Ten film to tak naprawdę wygłupiający się Tom Hardy, gadający sam do siebie i masa efektów specjalnych, nie najwyższej jakości. Nic ciekawego z tego tytułu nie wynika. Takie produkcje lepiej oglądać w domu niż iść na nie do kina. Przejdźmy jednak do szczegółów.

Żartów jest tutaj sporo, tak jak w pierwszej części. Sęk w tym, że każdy kto widział „Venoma” ten humor już zna, a twórcy drugiej części nie wysilili się i poszli na łatwiznę, kontynuując perypetie głównego bohatera w tym samym tonie co ich poprzednicy. Nie ma tu niczego nowego, ani oryginalnego. Tym co trzyma film w całości jest świetny występ Hardy’ego i trzymający równy poziom Woody Harrelson, który niestety nie dostał szansy by się wykazać jako szalony seryjny morderca.

Generalnie, oglądając film bawiłem się dobrze, ale niczym mnie nie zaskoczył. Do tego trzeba jeszcze dorzucić naprawdę głośną i hałaśliwą muzykę, która nie jeden raz mnie zirytowała. Jakby tego było mało, scena po pierwszej porcji napisów końcowych czyni Venoma i jego uniwersum jeszcze bardziej niedorzecznymi niż do tej pory.

„Venom: Let there be Carnage” to niezobowiązujący film rozrywkowy, w sam raz na weekend, ale nie na wyjście do kina. Jeśli nie widzieliście lub nie pamiętacie pierwszej części to z pewnością się uśmiejecie. Dla wymagającego i wciągniętego w te wszystkie superbohaterskie uniwersa będzie to jednak nudny seans, a wręcz strata czasu.

Ocena: 5,5/10

Zdjęcia: Sony

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s