Sandman

Sen zawsze kojarzył mi się z czymś przyjemnym. To w końcu sposób regeneracji naszego ciała i umysłu. To kraina, w której wszystko jest możliwe. A co byście powiedzieli na to, że włada nim nadludzka istota? Nieskończony, tworzący sny i koszmary według własnego uznania. Owa postać jest bohaterem jednej z najpopularniejszych serii komiksowych, prawdziwego opus magnum Neila Gaimana. Sandman doczekał się właśnie serialowej adaptacji, o której chciałbym wam opowiedzieć.

Pierwszy sezon serialu zadebiutował niedawno na platformie Netflix. Jako, że była to jedna z najbardziej wyczekiwanych produkcji streamingowego giganta, oczekiwania były ogromne. Fanów uspokajał fakt, że duży udział przy tworzeniu Sandmana brał sam Neil Gaiman. W końcu otrzymaliśmy dziesięć odcinków historii władcy snów i… nieraz można było na nich zasnąć.

Sandman – ale o co chodzi?

Byłem naprawdę zafascynowany mroczną, głęboką, często dającą do myślenia opowieścią o Morfeuszu oraz innych Nieskończonych takich jak Lucyfer, Śmierć, czy Pożądanie. Pierwszy odcinek bardzo powoli zarysowywał fabułę serialu, przedstawiając głównego bohatera i budując wątki, na których później będzie się skupiał. Było nieco nudno, ale uznałem, że to przecież dopiero początek. Fakt, że tytułowy Sandman jest w nim przez większość czasu więziony i skupia się on na jego ciemiężyciela z pewnością tu nie pomógł.

Wierzyłem, że akcja ruszy z kopyta, gdy Morfeusz w końcu się wydostanie. Niestety, tak się nie stało. Cały pierwszy sezon bardzo powoli porusza się od jednej historii do kolejnej. W spokojnym, wręcz nużącym tempie śledzimy poczynania bohatera, który poszukuje odebranych mu przedmiotów, stanowiących część jego istoty. By tego dokonać będzie musiał stanąć naprzeciw nadludzkich istot, lecz nie tylko. Na swojej drodze spotka również zbuntowane sny i koszmary.

Powyższa historia składa się na pierwszą część serialu. Druga skupia się z kolei na Wirze Snów. Co kilkaset lat rodzi się człowiek zdolny przechodzić między snami. Jego moc może jednak doprowadzić do zniszczenia świata snów, co następnie doprowadzi do destrukcji świata jawy. Sandman będzie musiał znaleźć tę osobę i ją zniszczyć, nie ma innego wyjścia.

Sandman - Spojrzenie na Lucyfera

W dobrym stylu

Zacznijmy od tego czym Sandman mnie do siebie przekonał. Po pierwsze, serial robi wrażenie pod względem wizualnym. Twórcom udało się idealnie odwzorować klimat snu. Świetnie wypadają efekty specjalne, dzięki którym mamy okazję zobaczyć Piekło, Śnienie, gadającego kruka, sennego gargulca, a także nadprzyrodzone moce pewnych bohaterów.

Ciekawe są również historie przedstawione w poszczególnych odcinkach. Głównie ze względu na ich wymowę, a uwierzcie mi, że niektóre naprawdę dają do myślenia. Mamy na przykład mężczyznę, który nie umiera i co sto lat spotyka się z Morfeuszem. Mogłoby wydawać się, że w końcu zapragnie odejść z tego świata, ale wciąż jest pełen optymizmu, nadziei i chęci odkrywania świata. Fascynujący jest również epizod, w którym jeden z bohaterów za pomocą rubinu Sandmana, siedząc w małej restauracji pokazuje nam przedsmak świata stworzonego według jego mniemania. W nim nie ma kłamstwa, co doprowadza do bardzo interesujących interakcji między osobami znajdującymi się w lokalu.

Bohaterowie i fabuła na minus

Teraz przejdźmy do problemów. Największym jest według mnie obsada. Przede wszystkim bardzo blado i nudno wypada sam Morfeusz, w którego wcielił się Tom Sturridge. Miał on jawić się nam jako postać mroczna, skupiona wyłącznie na swoim zadaniu jakim jest tworzenie snów i koszmarów, nie zważając na ludzki los. Przyglądając się występowi brytyjskiego aktora dostrzegłem głównie pewną pustkę i nijakość w jego grze. Jeśli główny bohater nie skłania widza do oglądania serialu, to twórcy zrobili coś nie tak.

Sandman - Johanna Constantine

Nie lepiej było w przypadku innych postaci. Johanna Constantine, która zastąpiła tutaj współczesną wersję Johna Constantine’a ma naprawdę mało charyzmy i buty jakiej bym od niej oczekiwał. Spodziewałem się więcej, tym bardziej, że wciela się w nią jedna z moich ulubionych aktorek, Jenna Coleman. Podobnie rzecz się ma z żeńską wersją Lucyfera, która wydała mi się strasznie miękka, jakby bez wyrazu. W tym wypadku myślę, że twórcy mogli po prostu lepiej obsadzić bohaterkę. Gwendoline Christie nie ma urody najpiękniejszego anioła i nie ma też jego bezwzględności i głębi. O Śmierci nie będę się rozpisywał.

Co więcej, gdy dany wątek wydawał mi się interesujący i dobrze się rozwijał, to często kończył się w sposób banalny i mało pomysłowy. Gdy spoglądam na serial po obejrzeniu całości widzę z jaką łatwością Sandman odzyskał swoje przedmioty i nawet zbyt wiele się przy tym nie nagadał, nie mówiąc już o jakiejkolwiek walce. Długimi momentami po prostu się nudziłem.

Podsumowanie – Sandman mnie zawiódł

Oczekiwałem serialu mrocznego, nieoczywistego, który zmusiłby mnie do poważnej refleksji na temat własnego życia. Oczekiwałem fascynujących, oryginalnych postaci. Byłem szczególnie podekscytowany, gdyż sam uważam się za taką przygnębioną, pesymistyczną, w pewnym stopniu mroczną postacią jak Morfeusz, lecz ten mnie zawiódł. Uważam, że Sandman to tytuł dla koneserów komiksowych adaptacji. Jeśli chcecie porównać produkcję z oryginałem i porozmyślać nad zekranizowanymi wątkami, nad podobieństwami i różnicami albo zachwycić się zdjęciami i stylistyką, to śmiało możecie tego dokonać. W innym wypadku serial Netflixa może po prostu szybko was znudzić.

Zdjęcia: Netflix

Leave a Reply

%d bloggers like this: