Wednesday - plakat serialu

Połączenie horroru i komedii zdarza się dosyć rzadko, szczególnie na przyzwoitym poziomie. Współcześnie dobrym przykładem symbiozy tych dwóch gatunków jest chociażby serial Co robimy w ukryciu. Jednakże, by znaleźć inne przykłady musimy cofnąć się ładnych „parę” lat w czasie. Na myśl przychodzi mi Martwe zło i Armia Ciemności Sama Raimiego, czy Sok z żuka Tima Burtona. Żaden tytuł nie odcisnął się jednak w pamięci widzów tak bardzo jak Rodzina Addamsów. Ta pokręcona familia narodziła się już w 1938 r. w formie krótkich komiksów. Z czasem zaczęły powstawać filmy, seriale i animacje opisujące ich perypetie. Niedawno doczekaliśmy się najnowszej produkcji z tej franczyzy, pt. Wednesday.

Wednesday? Dlaczego?

Jako mały dzieciak pierwszy raz spotkałem się z Addamsami za sprawą serialu Nowe przygody rodziny Addamsów, wówczas transmitowanym na kanale Fox Kids. Od razu zakochałem się w tym połączeniu elementów grozy i absurdalnego humoru. Postacie były przerysowane, a ich przygody szalone. Do tego nie brakowało pewnej dawki mroku i tajemniczości. Z czasem moje uwielbienie przeszło również na serię filmów z lat 90. Do gustu przypadły mi również dwie animacje z ostatnich kilku lat (2019 i 2021), ale zdecydowanie bardziej wyczekiwałem kolejnego aktorskiego wcielenia bohaterów.

Gdy usłyszałem o pomyśle na serial, skupiający się na postaci Wednesday byłem nieco sceptyczny. Dlaczego skupiać się na jednej bohaterce, podczas gdy Rodzina Addamsów oferuje tak wiele charakterystycznych, oryginalnych postaci? Niemniej, fakt że w projekt zaangażował się Tim Burton – jeden z moich ulubionych reżyserów – a także bardzo ciekawa obsada z mocnymi nazwiskami (Catherine Zeta-Jones, Gwendoline Christie, Luis Guzman, czy Christina Ricci) sprawiły, że musiałem sprawdzić nową produkcję Netflixa.

Teen drama plus historia detektywistyczna

Jako, że główną bohaterką serialu jest jakże charakterystyczna członkini rodu Addamsów, można było spodziewać się, że otrzymamy tu klimat bardzo podobny z poprzednich filmów i seriali należących do tego uniwersum. Nie do końca tak jest. Być może jest to kwestia tego, że Netflix stara się trafić do jak najszerszej liczby odbiorców, a może jest to fakt, że Tim Burton nie jest już tak mroczny jak kiedyś. Zabrakło mi tu kojarzących się z serią elementów „creepy” jak to mówią Amerykanie, wywołujących gęsią skórkę i odrazę, a jednocześnie nie pozwalających nam oderwać wzroku od ekranu.

Oczywiście, jest tu solidna dawka mrocznego klimatu, w końcu bohaterką jest Wednesday, zapewne jedna z najmroczniejszych postaci całej rodzinki. Gdy bohaterka zostaje wydalona ze szkoły za potraktowanie drużyny wodnej piłki stadem piranii (jest i wspomniany klimat) jej rodzice idą na kompromis z władzami i posyłają ją do ich alma mater. Tak oto przenosimy się do Akademii Nevermore, gdzie toczy się większa część akcji serialu.

Czuć atmosferę produkcji dla nastolatków. Choć bohaterka trafia do miejsca, gdzie mamy do czynienia z wieloma wyrzutkami, czy odmieńcami (wampiry, syreny, wilkołaki, itp.) to ma się wrażenie, że jest to bardziej miejsce rodem z seriali dla nastolatków, gdzie liczą się romanse, zdrady, imprezy i korzystanie z życia. Z czasem to wrażenie, słabnie, ale nie da się uciec skojarzeniom z popularnymi w dzisiejszych czasach tytułami z gatunku teen drama.

Wednesday - główna bohaterka

Równie szybko zostaje również wyznaczony kierunek w jakim podąża fabuła serialu. Oprócz ukazania jak nasza bohaterka poradzi sobie w nowym miejscu w połączeniu z buzującymi hormonami i okresem dojrzewania, angażuje się ona w śledztwo dotyczące morderstwa jednego z uczniów. I tak Wednesday, aż do ostatniego, ósmego odcinka podąża detektywistycznym tropem, odsłaniając przed nami tajemnice bohaterów oraz Nevermore.

Wybitna Wednesday, ale czy coś poza tym?

Jak prezentuje się serial? Na dobry początek trzeba pochwalić jego twórców za obsadzenie Jenny Ortegi w głównej roli. Sprawdza się w niej fantastycznie! Jest zadziorna, czerpie frajdę z cierpienia innych, ma w sobie ten charakterystyczny dla Wednesday chłód i zabójcze spojrzenie. Przeglądając materiały z powstawania serialu dowiadujemy się także, że część pomysłów dotyczących tej kreacji pochodzi od samej aktorki. Choćby nie mruganie, czy przezabawny, viralowy taniec bohaterki. Jenna Ortega to po prostu Wednesday.

Po obejrzeniu pierwszego sezonu długo zastanawiałem się, czy coś przykuło tu moją uwagę prócz wspomnianej tytułowej heroiny. Głównie za jej sprawą śledziłem kolejne odcinki, które podążają według pewnego schematu. Od jednego śladu do kolejnego, wielu podejrzanych, a w finale niespodziewany zwrot akcji. Wraz z kolejnymi odcinkami odniosłem jednak wrażenie, że fabuła się dłuży i o ile podobały mi się wyczyny Wednesday (podpalenie pomnika, nocne myszkowanie po Akademii, czy wrogie spojrzenia na każdym kroku), o tyle historia zaczęła mnie trochę nudzić.

Mam też wrażenie, że serial jest bardzo ugładzony i ugrzeczniony. Rodzinę Addamsów pamiętam z bardziej ekstremalnej i absurdalnej strony. Tutaj mamy produkcję skrojoną pod widza w każdym wieku, także najmłodszych, stąd twórcy nie pozwalają sobie na przesadne skrajności. Bywa krwawo i brutalnie, ale nie na tyle, że łapiemy się za głowę, czy krzyczymy „WOW!”. Za mało groteski i grozy, a przecież Tim Burton wyreżyserował połowę odcinków! Spodziewałem się czegoś więcej.

Z kolei wizualnie serial spełnia swoje zadanie. Kontrast między mrokiem i światłem widzimy tutaj bardzo często. Generalnie, kostiumy, charakteryzacja, scenografia, to wszystko stoi na wysokim poziomie i świetnie pasuje do opowiedzianej historii. Nie będę ukrywał, że bardziej interesowały mnie te mroczniejsze momenty – spotkania z członkami rodziny Addamsów, akcje z potworami, buszowanie po opuszczonych budynkach – i one jak to się potocznie mówi „robią robotę”.

Wednesday - Gomez, Morticia i Pugsley

Na duży plus należy także zaliczyć postać Rączki. Dla mnie to był zawsze jeden z najdziwniejszych i najbardziej absurdalnych bohaterów całej serii. Zawsze potrafił jednak wywołać we mnie jakieś emocje, głównie śmiech choć nie tylko. Nie można też zapomnieć o relacji, łączącej naszą bohaterkę z jej współlokatorką. Enid, gdyż tak jej na imię, jest całkowitym przeciwieństwem Wednesday. Pogodna, niemal zawsze optymistyczna, pełna życia i koloru świetnie kontrastuje z mroczą córką Addamsów. Jenna Ortega i Emma Myers wypadają wspólnie świetnie, doskonale się uzupełniając i uwypuklając swoje mocne strony.

Gorzej rzecz się ma z bohaterami dalszego planu. Poza wujkiem Festerem, dosyć blado wypadają Morticia i Gomez, choć w sumie ich rola nie jest tutaj wielka. Być może, gdyby znalazł się czas by lepiej zarysować te postaci, to pozostawiłyby po sobie lepsze wrażenie. Zapomniałem o nich równie szybko jak zniknęli z ekranu. W sumie jest tu dużo nijakości. Gwendoline Christie jako dyrektorka Akademii Nevermore zupełnie mnie nie przekonuje, podobnie jak pozostali rówieśnicy głównej bohaterki. Chyba po prostu za bardzo skupiono się na Wednesday i stąd te dysproporcje w ukazaniu i rozwoju postaci.

Wielki hit Netflixa

Nie minęło wiele czasu, a okazało się, że serial pobił różne rekordy i zdobył ogromną popularność wśród widzów. Zakładam, że w większości dotyczy to młodszej części widowni. Nie jest to jednak serial wybitny. Potencjał na oryginalną, wciągającą historię nie został w pełni wykorzystany w pierwszym sezonie. Bohaterka zasługuje według mnie na o wiele ciekawsze i dziwniejsze przygody niż pokazano to w tych ośmiu odcinkach. Wednesday, to jednak serial wart obejrzenia, choćby dla samej roli Jenny Ortegi. Nie zdziwię się jednak jeśli w pewnym momencie ta historia po prostu was znudzi.

Wednesday - główna bohaterka i Rączka

Zdjęcia: Netflix

Leave a Reply

%d bloggers like this: