Street Fighter (1994) – recenzja filmu

Przez lata Hollywood udowodniło, że źródło fajnej rozrywki można znaleźć wszędzie. Od prawdziwych historii, przez książki i komiksy, na grach wideo kończąc. Choć mogłoby się wydawać, że w przypadku tych ostatnich, dopiero teraz wkraczają one na salony, to już dawno pojawiały się ich filmowe adaptacje. Jednym z przykładów takich produkcji jest Street Fighter z 1994 roku.

Film jest luźno oparty na postaciach i świecie znanym fanom gry arcade’owej Street Fighter II, która w latach 90. ubiegłego wieku była niekwestionowanym hitem. Kilkanaście barwnych postaci i lokalizacji, specjalne kombinacje ciosów i rywalizacja w turnieju sztuk walki, która ostatecznie ma prowadzić do pokonania złowrogiego dyktatora i kryminalisty. Właśnie to do zaoferowania miała nam gra, a co na to powiedział scenarzysta i reżyser filmu, Steven E. de Souza?

Street Fighter zabiera nas do fikcyjnego państwa Shadaloo w Azji Południowo-Wschodniej, gdzie Generał M. Bison, znany dyktator lord narkotykowy i szaleniec, porywa grupę pracowników humanitarnych ONZ, żądając za nich horrendalnego okupu. Pułkownik Guile prowadzi międzynarodową operację, by uwolnić zakładników i raz na zawsze pozbyć się Bisona. Jednakże, nie tylko jemu zalazł za skórę, a w pokonanie złoczyńcy wkrótce angażują się inni, czasem przypadkowi bohaterowie.

Od razu rzucił mi się w oczy fakt, że fabuła została napisana z przymrużeniem oka, z tzw. „jajem” i sporą dawką humoru. Choć jest to prosta jak drut historia, to jest niezwykle barwna, a wiele przerysowanych postaci tylko jej sprzyja. Szybko łapiemy, że ma to być rozrywka, a nie dramat ze scenami akcji i równie błyskawicznie przekonujemy się, że faktycznie tak jest. Od samego początku z ciekawością wypatrywałem kolejnych postaci, czy znanych mi z gier scenerii, zastanawiając się jak zostaną wykorzystane i naprawdę spodobało mi się to, co tutaj zobaczyłem.

Film jest pełen bardzo fajnych kreacji aktorskich, które są jego jednym z najmocniejszych punktów. Człowiek spodziewa się, że Jean-Claude Van Damme będzie tylko kopał tyłki na lewo i prawo, a tu okazuje się, że gra niezwykle charyzmatycznego, energetycznego dowódcę. Wtóruje mu Raul Julia jako psychopatyczny M. Bison. Choć na dłuższą metę nie ma to wszystko wiele wspólnego z grą, mi spodobał się sposób wykorzystania postaci. Ken i Ryu jako cwaniaki handlujące bronią, Chun-Li (Ming-Na Wen) jako rządna zemsty reporterka, a Balrog i E. Honda jako jej pomagierzy. Całość jest campowa, ale trafia w moje poczucie humoru.

Street Fighter to dla mnie lata 90. w całej okazałości. Gdy byłem dzieciakiem i do naszego kraju z opóźnieniem napływały amerykańskie seriale akcji, właśnie coś rodem z tej adaptacji gry wideo było ich głównym punktem programu. Dużo wybuchów, efekciarstwa i niedopracowania, które składa się jednak na pewną określoną wizję. Akcja gna na złamanie karku w rytm dynamicznej ścieżki dźwiękowej Priority Records. No i jeszcze te cudowne cytaty („For you, the day Bison graced your village was the most important day of your life. But for me, it was Tuesday.”, „I was hoping to face Guile personally on the battlefield, one gentleman warrior to another, in respectful combat. Then I would snap his spine!”)

Film jest dla mnie po prostu cudownie kiczowaty. To istny „guilty pleasure” dla wszystkich miłośników lat 90. Oczywiście, że nie ma to wszystko głębi, historia jest chaotyczna, niektóre efekty specjalne nędzne, ale mi Street Fighter dały mnóstwo frajdy. Czasem trzeba zwyczajnie wyluzować i wtedy taki tytuł jest jak znalazł. Seans mija szybko i przyjemnie, i nie bez powodu dla wielu widzów ma dziś status kultowej produkcji. Koniecznie przekonajcie się dlaczego tak jest.

Ocena: 6/10 (wyższa nota za tych wszystkich barwnych bohaterów z M. Bisonem na czele)

Zdjęcia: Universal Pictures

Leave a Reply