W Polsce zdążyło już zadebiutować kilka komiksów, wchodzących w skład tzw. uniwersum Bezimiennych. Każdy z głównych bohaterów poszczególnych serii zaangażował mnie jako czytelnika w ich perypetie. Zdecydowanie najbardziej charyzmatycznym z nich okazał się jednak być pewien nieśmiertelny żołnierz, którego nowe perypetie poznajemy w drugim tomie Redcoat.
Po rewelacyjnym pierwszym tomie, który wprowadził nas w świat nieśmiertelnego brytyjskiego łobuza Simona Pure’a, drugi tom Redcoat oferuje nam jego kolejne perypetie. Po raz kolejny zostają one wpisane w losy Stanów Zjednoczonych i nie brakuje w nich zarówno humoru jak i dramatyzmu. Bohater kontynuuje swój żywot, ponownie wpadając w tarapaty, ale też ciesząc się życiem i spotykając na swojej drodze równie barwne postaci.
Nieśmiertelny najemnik z ery rewolucji amerykańskiej, kontynuuje swoją chaotyczną, pełną przygód egzystencję. W tym tomie spotykamy go w późnym XIX wieku. Obserwujemy jego coroczne spotkanie z przyjacielem, Johnem Chapmanem (czyli legendarnym Johnny Appleseedem). Poznaje fenomenalną Annie Oakley (która trafia nie tylko w tarcze, ale i w serce Simona) oraz angażuje się w wydarzenia związane z wojną secesyjną. Pojawia się też tajemniczy The Northerner i ktoś, kto absolutnie nie znosi naszego bohatera. Atrakcji zdecydowanie nie brakuje.

Drugi tom Redcoat w pełni wykorzystuje potencjał głównego bohatera. Humor i charakterystyka głównego bohatera. Simon ma w sobie coś z takich postaci jak Jack Sparoowy, czy Deadpool, z dystansem podchodząc do życia i wyznając zasadę carpe diem. Jako, że często ma jednak kłopoty, dodaje do tego egoistyczny i sarkastyczny ton.
Co więcej, komiks świetnie balansuje między lekkim, rozrywkowym klimatem, a momentami refleksji nad nieśmiertelnością i sensem życia przez wieki. Pomaga w tym wprowadzenie prawdziwych postaci historycznych. Zostały świetnie tutaj wplecione. Jednocześnie dają nam fajną lekcję na temat USA, a z drugiej nie przynudzają jak niektórzy wykładowcy na studiach. No i całość świetnie splata się z elementami fantastyczno-naukowymi jak magia i nieśmiertelność.

Wspomniany klimat świetnie budują rysunki Bryana Hitcha. To jeden z najmocniejszych punktów serii. Szczegółowe, niemal kinowe kadry, świetna dynamika walk i cudowne projekty postaci. Hitch rysuje epickie sceny batalistyczne, ale równie dobrze wychodzą mu intymne momenty. Z łatwością czujemy się częścią tego świata i nie mamy zamiaru go opuszczać.
Drugi tom utrzymuje wysoki poziom z debiutu komiksu. Powiedziałbym nawet, że jest bardziej spójny i nieco lepiej zbalansowany. Dialogi są ostre, tempo szybkie, a całość zdaje się mieć jeszcze większy rozmach. Jeśli pierwszy tom był rozgrzewką i wprowadzeniem bohatera, to w drugim Redcoat na dobre się rozkręca. Zdecydowanie się nie zawiodłem i warto było czekać na kontynuację niemal rok.
Ocena: 7,5/10
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania komiksu chciałbym podziękować wydawnictwu NAGLE!
We własny egzemplarz komiksu możecie zaopatrzyć się pod poniższym linkiem:

