Wiecie, czego żałuję jako miłośnik kina? Że nie żyłem, gdy do kina wchodziły pierwsze części Gwiezdnych Wojen. Nie miałem okazji obejrzeć epizodów IV-VI na wielkim ekranie i doświadczyć tamtego szału. Na szczęście, nie dotyczy to epizodów I-III, na których się wychowałem. Dzisiaj chciałem powrócić do początku historii Anakina Skywalkera, którą George Lucas opowiedział w filmie Gwiezdne Wojny Epizod I – Mroczne widmo.
Gdy film debiutował w kinach miałem osiem lat. Idealny wiek, by rozpocząć swoją przygodę ze światem Star Wars. Ja miałem już za sobą okazję obejrzeć wcześniejsze części na VHS (nie pytajcie, co to), więc moja ekscytacja była tym większa. Jako dziecko, nie miałem jednak wygórowanych oczekiwań. Chciałem zobaczyć Jedi w akcji, kosmiczne pościgi i dowiedzieć się jak Anakin Skywalker stał się Vaderem. Na to ostatnie musiałem poczekać do trzeciej części, ale całej reszty miałem tutaj pod dostatkiem.
George Lucas dał nam w tym filmie coś, o czym widzowie z lat 80. mogli tylko pomarzyć. Kosmos w pięknym wydaniu, stworzony przy użyciu ogromnej ilości efektów specjalnych. Te wszystkie kosmiczne statki, Naboo, Coruscant, Tatooine… wszechświat był jeszcze większy i barwniejszy niż w epizodach IV-VI. Samo patrzenie daje ogromną radochę, ale wiadomo, że w parze z obrazem musi iść scenariusz. Co zatem wymyślił Lucas?
Jedi są bardzo blisko świata polityki i dbają o zapewnienie porządku w galaktyce. Na horyzoncie pojawia się jednak konflikt z Federacją Handlową, który może mieć opłakane skutki. Dlatego dwójka wojowników przybywa negocjować pokój, co niestety kończy się źle. Tak to wszystko się zaczyna. Potem dochodzi rozbudowywanie wszechświata przez Lucasa, przedstawianie kolejnych planet, szerszego wątku politycznego oraz pojawienie się Sithów. Według mnie, reżyser dosyć zgrabnie te wszystkie elementy ze sobą łączy, choć trzeba przyznać, że dialogi to jego słaba strona.

Liam Neeson jako Qui-Gon Jinn emanuje takim spokojem i mądrością Jedi. Naprawdę dobrze uzupełnia się z młodym i poddającym wiele kwestii w wątpliwość, Ewanem McGregorem w roli młodego Obi-Wana. Darth Maul nie mówi wiele i nie ma go na ekranie zbyt długo, ale zapada w pamięć i spełnia swoją rolę, godnego przeciwnika dla Jedi, tworząc najlepszy na tamten moment pojedynek na miecze świetlne. Do tego dochodzą ekscytujące zawody ścigaczy, które doskonale pamiętam po dziś dzień!
Wydawało się, że John Williams nic nowego już nie jest w stanie dodać do tego uniwersum. Każdy, kto tak myślał, srogo się pomylił. Kompozytor kolejne raz przeszedł samego siebie. Dorównał swojemu osiągnięciu z poprzednich filmów. Duel of the Fates to złoto. Nawet nie trzeba puszczać finałowej walki, żeby za każdym razem włosy na karku stawały dęba.

Oczywiście, jak się ma sentyment, to łatwiej przymknąć oko na te wszystkie rzeczy, za które film dostaje po tyłku od 25 lat. Nie uważam, żeby Jar Jar był złą postacią. Jest go tutaj jednak zdecydowanie zbyt dużo. Szybko jego komediowe wybryki wywołują w widzu zażenowanie. To najbardziej irytujący punkt historii, ale tylko dlatego, że pojawia się tak często i za każdym razem odwraca uwagę od sensu sceny. Ciężko winić za cokolwiek młodego chłopca bez doświadczenia, który wciela się w Anakina. Nie pomógł mu sam Lucas i jego dialogi. Jak dla mnie nie są to jednak wady, które sprawiają, że filmu nie da się oglądać i staje się słaby.
Mroczne widmo nie jest najlepszą częścią w całej sadze, ale na nowo wprowadziło nas do gwiezdnego uniwersum. To był mój pierwszy raz ze Star Wars w kinie i byłem w pełni usatysfakcjonowany. Dziś, dostrzegam oczywiście pewne wady tego obrazu, ale uważam też, że niesłusznie bywa mocno krytykowany. Wszystko ma swój początek i jeśli ma on być tak epicki jak w tym przypadku, to nie widzę w tym żadnego problemu.
Ocena: 7,5/10
Zdjęcia: LucasFilm
