Supergirl (2026) – recenzja filmu

Gdy James Gunn objął stery nad DC Studios, niczym mantrę powtarzał, że filmy bez gotowego scenariusza nie będą rozważane do realizacji. Pytanie brzmi jednak, czy sam Gunn decyduje o tym, czy scenariusz jest dobry i warto wydać na niego setki milionów? Bo tutaj chodzi nie tylko o świetne, oryginalne historie, ale też o zarabianie pieniędzy. Zadaję sobie to pytanie zwłaszcza po obejrzeniu filmu Supergirl, który nie jest przebojem jakim miał zostać.

Dość szybko w trakcie seansu tej produkcji poczułem, że chyba jestem na nią za stary. Miałem takie wrażenie, że gdybym był ze 20 lat młodszy, to może bardziej by mnie śmieszył, angażował i ogólnie bawił. Swoje lata mam już jednak na karku i podobnie jak cała reszta sali kinowej, film nie wywołał u mnie niemal żadnej reakcji. Czy chodziło o humor, sceny akcji, debiut nowych postaci, czy rozbudowywanie uniwersum DC.

O czym opowiada Supergirl? Bohaterka imprezuje i lubi sobie wypić. By jednak odczuwać skutki takiego trybu życia, musi przebywać na planetach, orbitujących wokół czerwonych słońc. W trakcie jednej z bib, poznaje żądną zemsty na zabójcy jej rodziny, Ruthye. Seria przypadków sprawia, że Kara zostaje zmuszona do podążania za owym osobnikiem, który otruł jej psa, Krypto. Razem, dziewczyny wyruszają w podróż przez niebezpieczne zakamarki kosmosu. Tak, bardzo ogólnie i pokrótce, można by zarysować fabułę filmu.

Można powiedzieć, że mamy tutaj film o dojrzewaniu, braniu odpowiedzialności za swoje czyny i poszukiwaniu własnego miejsca we wszechświecie. Przynajmniej, taki zdaje się być zamysł scenarzystki, Any Nogueiry, dla której jest to pisarski pełnometrażowy debiut i da się to odczuć. Bohaterka prowadzi taki, a nie inny tryb życia bo nie potrafi się odnaleźć po utracie rodziców i planety. Nie pomógł jej pobyt na Ziemi, ani wspierający kuzyn. Wychodzi na to, że musi do wszystkiego dojść sama, na swój własny sposób. Przyznam, że ciężko się ogląda jej imprezowanie i nie pomaga to wczuć się w klimat i zaangażować w fabułę.

Główny problem nowej produkcji DC Studios jest taki, że niespecjalnie wyróżnia się czymkolwiek na tle innych tego typu filmów. Być może za wyjątkiem nieco większej liczby przekleństw i przekraczania granic przyzwoitości. Daleko tu jednak do tytułu tylko dla dorosłych. Nie wciągnęła mnie ta historia i nie zaangażowały mnie perypetie Kary, choć widzę potencjał w tej postaci. Uważam, że nie pomogły tej historii sceny w formie flashbacków, które powinny według mnie zostać nam pokazane zdecydowanie wcześniej, niż ma to miejsce w filmie, gdyż dają nam do zrozumienia, dlaczego bohaterka zachowuje się tak, a nie inaczej i mogą nieco pomóc nam zainwestować emocje w tę fabułę.

Najgorsze jest to, że w niejednym momencie, o dalszym ciągu historii decydują przypadki lub szczęśliwe zrządzenia losu. Tak się akurat składa, że bandyci, którzy z Kryptonianką nie mają nic wspólnego, kradną jej statek. Na dodatek zatruwają jej psa i to łączy ich losy. Jakby tego mało, później okazuje się, że akurat mają na podorędziu broń wykorzystującą kryptonit i przebywają na planecie, na której jest coś takiego jak „zielone słońce”, które powoli zabija bohaterkę. Nie jestem aż tak za pan brat z komiksami DC, ale myślę, że nie tylko dla mnie wyda się to być mocno naciągane. Na dodatek, nawet swojego ukochanego psa spotyka zupełnie przypadkiem i ot tak go przygarnia.

Poza tym, historii brakuje pewnej równowagi. Czy ma to być film akcji, czy dramat? Do tego, żarty które brzmią jakbym słyszał je ze sto razy (najbardziej żenujący jest toaletowy humor i choćby scena, gdy Kara na kacu zasypia na kiblu), więc humorem historia również się nie wyróżnia. Wiele scen akcji wygląda identycznie i jest to naparzanka Kary z kilkunastoma bandytami oraz totalna rozwałka. Tak. Są one co prawda fajnie zmontowane, ale nie ma w nich nic nowego, ani oryginalnego. Co więcej, znaczna ich część rozgrywa się w dosyć podobnej, mrocznej scenerii, no a ta niespecjalnie zapada nam w pamięć. Przynajmniej pasuje do tego, że poznajemy te mroczniejsze zakamarki wszechświata, pełne kosmicznych bandziorów.

A jak wypadają sami bohaterowie? Według mnie, obsada zrobiła, co mogła by ożywić tę historię, ale nie byli w stanie przykryć swoją grą mankamentów scenariusza. Nikomu nie można tutaj odebrać zaangażowania w rolę, ale po seansie nie rozpamiętujemy żadnej z nich. Lobo ma potencjał, lecz ma niewielką rolę, której daleko do tego, co wiele osób zna z komiksów. No i on też zostaje jakby „z dupy” wrzucony do scenariusza. Nasz główny złoczyńca, Krem, wygląda i zachowuje się jak totalny „zwyrol”, ale jego los jest z góry przesądzony, zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Jeśli chodzi o kosmitów najbardziej rozbawił mnie fakt, i większość Polaków powinna mnie poprzeć, że jedna kosmitka ma na imię Marek, a jest córka nazywa się Sarna! Przynajmniej polski dubbing prezentuje się przyzwoicie, co pozytywnie mnie zaskoczyło. Jednakże, bardziej zapadło mi to w pamięć niż wiele scen akcji z użyciem efektów specjalnych, czy aktorskie wygibasy członków obsady.

Na pewno pozytywnie należy ocenić samą realizację filmu. Widać, że włożono w niego kupę forsy. Jak już jednak wspomniałem, w parze z tym nie idzie ciekawa, wciągająca historia. Na pewno nie dla fanów DC i dojrzałych widzów. W ostatnich latach, wielu legendarnych reżyserów broniło kinowego seansu jako jedynego w swoim rodzaju doświadczenia, którego nie da się powtórzyć w domowym zaciszu. Tylko, jeśli ogromne pieniądze w Hollywood idą na takie produkcje jak Supergirl, to argumenty na obronę takiego stwierdzenia szybko się kończą. Nie jest to według mnie pozycja warta odwiedzin w kinie, biorąc pod uwagę ile taka wizyta nas kosztuje i polecam poczekać na premierę w streamingu. Niewiele tracicie.

Ocena: 5,5/10

Zdjęcia: Warner Bros. Pictures

Leave a Reply