Jak dla mnie, dobre kino rozrywkowe to połączenie humoru i akcji, przykraszone większą lub mniejszą dawką dramatyzmu. To fundament, który można następnie rozbudowywać. Jednym z najnowszych tytułów, który zdawał się mieć wszystko, by wymienione przeze mnie podstawy dobrze wykorzystać i być może nawet stworzyć tegoroczny przebój, był film Władcy wszechświata. Po jego obejrzeniu, niestety, muszę jednak stwierdzić, że potencjału nie udało się wykorzystać.
Rodzinna planeta księcia Adama zostaje zaatakowana przez siły zła na czele ze Szkieletorem. Chłopiec zostaje odesłany wraz z ostatnią nadzieją dla Eternii, Mieczem Mocy i trafia na Ziemię. Po drodze zostaje jednak rozdzielony z potężnym artefaktem, który odnajduje dopiero po 15 latach. To prowadzi go ostatecznie do domu, gdzie będzie musiał zawalczyć o jego odzyskanie z rąk wroga. Tak, w bardzo dużym skrócie prezentuje się fabuła filmu i na papierze wygląda to prosto, ale przyzwoicie. Gorzej robi się, gdy już zagłębimy się w tę historię.
Scenarzyści postawili tutaj na sztampową historię. Adam od dzieciaka jest cherlakiem i generalnie nie nadaje się do walki i bitki. Uważa, że wcale nie potrzeba siły by osiągnąć zamierzone rezultaty, ale jego ojciec ma inne zdanie. Dzieciaki się z niego śmieją, a szans na poprawę tego stanu rzeczy nie widać. No i wraz z powrotem bohatera już jako mężczyzny… nadal nic się nie zmieniło. Jego przemiana następuje za sprawą Miecza Mocy, ale twórcy filmu mówią nam, że męskość to nie tylko mięśnie i krzepa, ale też serce, empatia i odpowiedzialność. Pomysł znany i ograny w wielu innych produkcjach, ale może Władcy wszechświata czynią go oryginalnym? Niestety, nie.
Wcale nie przeszkadza mi powyższy motyw. Problemem jest za to scenariuszowy chaos. Trzech panów napisało tę historię i czuć, że nie mogli się zdecydować, czy to ma być komedia akcji, kino familijne, czy może kiczowate fantasy. Na dodatek, mamy tutaj motywy zagrane bardziej dramatycznie, które straszliwie gryzą się z mocno humorystycznym stylem tego obrazu. 90% tego humoru, niestety do mnie nie trafiło. Infantylne żarty, nieraz z podtekstem seksualnym, nabijanie się z ksywek bohaterów. Gdyby twórcy w pełni zdecydowali się na zrobienie absurdalnej komedii, byłbym w stanie to zrozumieć. Tutaj miałem jednak wrażenie, że twórcy nie są w stanie zdecydować się jaki to ma być film.

Humor i scenariusz leżą. Wydawałoby się, że wytwórnia, chcą zarobić na popularnej marce, inwestując w produkcję 200 mln dolarów, będzie chciała by trafiła ona w gust jak największej liczby odbiorców. Dzieciom raczej nie pokazałbym tego filmu, choć trzeba podkreślić, że mimo ogromnej ilości akcji, praktycznie nie dostrzegłem tu krwi, więc w teorii, dzieciakom można ten tytuł zapuścić. Wątpię jednak, że zrozumieją wiele z żartów i że w ogóle będą one dla nich śmieszne. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że Władcy wszechświata trwają prawie dwie i pół godziny, a spokojnie tę historię można by skrócić o godzinkę. Wiele scen jest przeciągniętych i zbędnych dla fabuły, nieraz umieszczonych po to, żeby zrobić jakiś głupkowaty żart. Niestety, jest tutaj sporo żenady, której dziś nie przyniósłby mi ponowny seans kultowej animacji z lat 80.
Na tym etapie recenzji moglibyście się zastanawiać, czy jest zatem coś dobrego w tym filmie? Myślę, że zaskoczy was moja odpowiedź, ale tak. Przede wszystkim, spodobał mi się wykreowany tutaj świat i bohaterowie. Przerysowani, nieraz o absurdalnych mocach, ale w duchu wspomnianego przeze mnie wcześniej serialu. W pewnym momencie można uznać, że jest ich po prostu zbyt wiele jak na jedną produkcję, ale są naprawdę barwni i przy lepszym scenariuszu można by lepiej wykorzystać ich potencjał. Wizualnie produkcja prezentuje się bardzo fajnie, choć jednym z większych zgrzytów jest pierwsza transformacja Adama. Serio, mamy uwierzyć, że pod tymi ciuchami jest chucherko, które dopiero dzięki Mieczowi Mocy staje się napakowanym wojownikiem? Nawet w animacji tak nie było, a w tym przypadku poczułem jakby próbowali robić ze mnie debila.

Skoro już jesteśmy przy bohaterach, to uważam, że kilku z nich zostało fajnie obsadzonych. No i czuć, że niektórzy aktorzy naprawdę starają się coś wycisnąć z tej historii, ale z pustego i Salomon nie naleje. Na przykład, Szkieletor. Uważam, że wygląda naprawdę fajnie i przerażająco, No i Jared Leto nadaje mu oryginalnego, mocnego brzmienia, by za chwilę wygłaszać jakieś żenujące, przepełnione beznadziejnymi żartami teksty. No to albo bierzemy go za poważne zagrożenie albo za przerysowanego złoczyńcę. Jego pomagierka, Evil-Lyn jest tam w zasadzie tylko dla kilku komentarzy i to tyle. No i jeszcze sam Adam/He-Man. Ciężko mi ocenić Nicholasa Galitzine w tej roli. Niby wygląda jak należy i jego bohater jest jedyną postacią, która faktycznie jakoś się tutaj rozwija, ale scenariusz i dialogi robią mu pod górkę. Najbardziej w pamięć zapadł mi Idris Elba, który najbardziej stara się wycisnąć z tego maksa i jego zapijaczona wersja niegdyś wielkiego wojownika wypada świetnie. Wizualnie naprawdę cieszą nas postaci i cała Eternia, ale to by było na tyle.
No, a co z samą akcją? Tutaj też bywa różnie. Na przykład, finałowa konfrontacja głównych bohaterów wyjątkowo mi się spodobała, choć jest nieco absurdalna, wyolbrzymiona i uroczo kiczowata. Mamy jednak wiele scen akcji, które ani nie pokazują miłośnikom gatunku nic nowego, ani nie wnoszą nic do historii. Jest chaotyczna naparzanka i wciśnięcie jak największej liczby rozpoznawalnych bohaterów na pole walki. Tylko jaki to ma sens? Nadal tego nie wiem. Te fragmenty nie zostały przynajmniej źle czy słabo zrealizowane. Prezentują się solidnie, choć niezbyt kreatywnie.

Gdzieś wybrzmiewają również motywy i elementy, oddające hołd serialowi He-Man i Władcy wszechświata (1983-85). Od wizerunków i strojów postaci, obecności ich bardzo wielkiej liczby w filmie, przez niektóre utwory muzyczne. Czy jednak najwięksi fani tamtej produkcji, dziś już najpewniej dorośli, mający własne rodziny, poczują powiew nostalgii? Ja miałem okazję ten tytuł oglądać na początku lat 2000., będąc jeszcze w szkole podstawowej i dziś po ponad 20 latach film żadnych emocji we mnie nie wzbudził. Czytałem jednak, że wiele osób ocenia go wysoko, więc może jest to tylko kwestia poczucia humoru i nawet beznadziejny scenariusz da się przykryć żartami, o ile trafią one do odbiorcy.
Po obejrzeniu filmu na platformie Prime Video, nie dziwi mnie fakt, że poniósł on kompletną porażkę na wielkim ekranie. Bądźmy szczerzy, na wizytę w kinie trzeba dziś sporo wydać i nie jest to tytuł wart takich pieniędzy. Jest to wyjątkowo przeciętny blockbuster, o którym za kilka lat zapomnimy, chyba, że jakimś cudem ktoś zdecyduje się zrobić kontynuację. Wiele rzeczy jest tutaj na swoim miejscu, ale wszystko psują scenarzyści. Jeśli ktoś chce He-Mana na poważnie, to ma animacje Netflixa, jeśli bardziej familijnie, to jest serial z lat 80. Może po prostu jestem za stary na taką produkcję, a może jest to bardzo przeciętna pozycja. Obejrzyjcie i przekonajcie się sami, ale czujcie się ostrzeżeni, że możecie żałować.
Ocena: 5/10
Zdjęcia: Amazon MGM Studios
