Klasyki regularnie otrzymują w dzisiejszych czasach nowe wersji. Czy fani faktycznie tego chcą, czy nie. Dotyczy to zarówno filmów, seriali jak i animacji. Nawet w Japonii udzielił się ten trend i jedna z najbardziej kultowych historii lat 80., doczekała się w tym roku remake’u. Jeśli nie słyszeliście o Pięści Północnej Gwiazdy, czyli Hokuto no Ken, to dziś nieco o świeżym wydaniu tego anime się dowiecie.
Należę do osób, które o serialu i jego mangowym pierwowzorze słyszały, ale do tej pory nie miałem z nim bliższej styczności. Gdy zatem pojawił się jego remake, na dodatek dostępny na platformie Prime Video, pomyślałem, że w końcu mogę nadrobić zaległości i zobaczyć, skąd przed laty tak wielka popularność Hokuto no Ken i czy dziś seria może zyskać drugie życie za sprawą tej produkcji.
Klasyka lat 80., która ukształtowała całe pokolenia fanów shonena, postapo powraca. Tym razem w formie CGI, z większą wiernością mandze i bez cenzury. Tak. Jeśli słyszeliście, że krew leje się tutaj strumieniami, a ludzie giną na lewo i prawo, to będziecie mieli okazję zobaczyć to w całej okazałości. Dla starych wyjadaczy to powrót do korzeni, a dla nowego pokolenia (w tym mnie) – okazja, by poznać ten fenomen. 1. sezon anime liczy 14 odcinków, skupia się na początku historii, a kontynuację zapowiedziano na jesień 2026 roku.
Akcja Hokuto no Ken osadzona jest w świecie po wojnie nuklearnej z 199X roku. W tej wizji rzeczywistości, ludzkość przetrwała, ale cywilizacja legła w gruzach. Kenshiro, następca szkoły Hokuto Shinken – zabójczej sztuki punktu nacisku – wędruje po postapokaliptycznych pustkowiach z siedmioma bliznami na piersi. Wydaje się robić to bez większego celu. Gdy jednak napotyka potrzebujących, nie waha się wykorzystywać swoich umiejętności do ochrony słabych przed brutalnymi gangami i tyranami, którzy sieją terror na świecie. Po drodze zyskuje on nieoczekiwanych towarzyszy, dzieciaków – Bata i Lin, a także wielkich rywali, a niektórzy z nich odsłaniają przed nami przeszłość tajemniczego bohatera.

Nie da się ukryć, że brutalna akcja, to najmocniejszy punk tej historii. Dostajemy ją regularnie, w każdym odcinku, a sposobów na zniszczenie, czy zmiażdżenie ludzkiego ciała jest tutaj co nie miara. Od eksplodujących głów aż po gangsterów rozrywanych na kawałeczki. Nie będę jednak ukrywał, że okrzyki bohatera towarzyszące jego nadludzkich wyczynom niezmiernie mnie rozbawiły i zapewne większości z was na myśl przyniosą pewne stereotypy związane z azjatyckimi filmami o sztukach walki. To jednak nic przy poziomie adrenaliny, który wylewa się z ekranu. Praktycznie wszyscy przeciwnicy Kenshiro to chodzące mięśnie, których wielu kulturystów może pozazdrościć.
Przy okazji samych scen akcji, należy wspomnieć o stylu animacji i CGI. Osobiście, nie jestem wielkim fanem tego stylu, który średnio prezentuje się poza dynamicznych sekwencjami totalnej rozpierduchy. Ma się często wrażenie, zwłaszcza w scenach zwykłych dialogów, jakby tempo było zwolnione. Dodam, że stylistyka historii jest mroczna, co znajduje odzwierciedlenie w kolorystyce anime, gdzie dominują chłodne, przytłumione barwy, a serial trzeba oglądać w odpowiednio naświetlonym pomieszczeniu, żeby nie widzieć swojego odbicia w ekranie telewizora/komputera/smartfona.

Z ręką na sercu mogę stwierdzić, że do gustu przypadł mi główny bohater tej opowieści. Milczący Kenshiro, za którego przemawiają jego czyny, a może raczej jego pięści przyciągnął mnie do siebie otaczającą go aurą tajemniczości. Kim on tak właściwie jest? Skąd się wziął? Jakim cudem nauczył się tej zabójczej sztuki walki? Nie mija wiele czasu, gdy zaczynamy zadawać sobie te pytania, na część z których dostajemy po pewnym czasie odpowiedź. Jednakże, nie na wszystkie, a odpowiedzi na nie zazwyczaj sprawiają, że mężczyzna staje się w naszych oczach jeszcze ciekawszy. Jego stoicki spokój w kontraście z absurdalną przemocą działa świetnie. Choć inne postaci nieco przy nim bledną, to jednak spełniają swoje role. Przerysowani wrogowie, którzy dostają za swoje, Bat wprowadzający element humoru, a Lin ciepła i empatii.
Sam klimat tej historii również jest świetny. Pustkowia, ruiny, szaleńcy w dziwacznych strojach. Gdzieś przywodzi to na myśl Mad Maxa, ale w japońskim stylu i z nadprzyrodzonymi zdolnościami. Do budowania atmosfery dokładają się muzyka i efekty dźwiękowe, które podkreślają głównie dramatyzm, ale gdy trzeba także humor (bo ten absurdalny humor też jest na miejscu). Większym problemem jest jednak pewna schematyczność, a przede wszystkim łatwość z jaką Kenshiro rozprawia się ze swoimi rywalami. To jest ten element fabuły, który może zniechęcić was do dalszego oglądania, nawet przy tak fajnie obudowanym świecie przedstawionym.
Hokuto no Ken w wersji z 2026 to oryginalne, ciekawe i wciągające anime, ale nie bez wad. Wielu znawców oryginału twierdzi, że jest to udana, choć nie rewolucyjna adaptacja, choć nie jestem w stanie tych słów potwierdzić. Mimo różnych minusów, na szczęście, sezon kończy się w momencie, który jasno krzyczy „to dopiero początek”, więc wiele rzeczy można poprawić w dalszej części serialu. To wciąż może jeszcze być hit, bo potencjał tej opowieści wydaje się być nieskończony. Warto sprawdzić, a następnie sięgnąć choćby po mangę, by przekonać się jak wypadają w zestawieniu ze sobą.
Ocena: 6,5/10
