Są takie historie, które zaczynają się w sposób niepozorny, ale owiany tajemnicą. Wydaje nam się jednak, że autor nie będzie w stanie nas zaskoczyć, aż tu nagle, BUM! I musimy dać sobie chwilę żeby się pozbierać, po tym. O twórca wymyślił. Właśnie tak zaczyna się najnowsza manhwa opublikowana przez Waneko, czyli W drodze do mamy.
Pewnego dnia ekipa ratunkowa znajduje w opuszczonym domu na wpół dzikiego chłopca – Mori. Trafia on do ośrodka dla dzieci, gdzie powoli uczy się normalnego życia. Na ten moment brzmi całkiem zwyczajnie, prawda? Nie musimy jednak długo czekać, by przekonać się, że pozory mylą. Okazuje się bowiem nie tylko, że ludzie stanowią tam mniejszość, ale nawet przysmak! Gdy nasz malutki bohater, Mori po raz pierwszy dowiaduje się o istnieniu „mamy” dla każdego dziecka, postanawia wyruszyć w podróż, by odnaleźć własną i tak ucieka w nieznane. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że świat zewnętrzny jest niebezpieczny – po inwazji obcych ludzie stali się rzadkością, a „ludzka mięso” to pożądany delikates.
Przygoda Moriego rozkręca się za sprawą szczęśliwego trafu. Ktoś powie, że to trochę naciągane, może schematyczne, ale jednak popycha fabułę do przodu. No bo od razu trafia na kogoś, przerażającego, kto jednak jest sprytny i ka łeb na karku, chcąc dorobić się na dzieciaku zamiast od razu go skonsumować. Zresztą Ryder, bo tak ten obcy ma na imię, sam dzięki temu odbierze dobrą życiową lekcję.

Mimo szybko zarysowanej specyfiki relacji Rydera i Moriego, z niepewnością i napięciem śledzimy ich podróż. Nie możemy być bowiem w 100% przekonani, że nie nastąpi tu jakaś zdrada. To z kolei pozwala dobrze wczuć się w historię. Bardzo fajnie kontrastuje to z wymową komiksu, który opowiada o rodzinie i przez jakiś czas tę dwójkę jako taką nietypową rodzinkę możemy postrzegać.
Mroczne tony postapokaliptycznego świata świetnie komponują się z opowieścią o bezwarunkowej miłości i dziecięcej niewinności. Mori jest uroczy, „okrągły” i milczący (więcej słucha niż mówi), a styl rysunków Gomyanga – pełnokolorowy, charakterystyczny dla webtoonów – doskonale to podkreśla. Poza tym dobrze potrafi go dostosować zarówno do humorystycznym momentów jak i scen akcji. W końcu zagrożenie czyha na każdym kroku, mając apetycznego dzieciaczka i boku.

W drodze do mamy ma w sobie niezwykły urok. Za sprawą Moriego, z przyjemnością i satysfakcją śledzimy jego losy, wspierając go w znalezieniu prawdziwej rodziny, choć od początku wydaje nam się to misją skazaną na porażkę. Nietypowe tło rozgrywającej się na naszych oczach historii intryguje i prowadzi do wielu zaskakujących momentów i zwrotów akcji. Mori jest bohaterem, którego bardzo łatwo polubić. Nie dlatego, że jest szczególnie potężny czy sprytny. Wręcz przeciwnie — jego dziecięca naiwność jest jednocześnie jego największą słabością i źródłem uroku. Nie rozumie wielu rzeczy, które dla czytelnika są oczywiste. Dzięki temu autor może pokazywać świat jego oczami. To również pozwala stopniowo odsłaniać przed nami kolejne elementy rzeczywistości.
Właśnie ta relacja jest dla mnie jednym z najlepszych elementów pierwszego tomu. Mori jest ufny, Ryder natomiast znacznie bardziej cyniczny i doświadczony. Ich zestawienie daje zarówno momenty humorystyczne, jak i sytuacje, w których zaczynamy się zastanawiać, czy chłopiec przypadkiem nie zaufał niewłaściwej osobie. Na początku można odnieść wrażenie, że dostajemy po prostu fantasy/przygodówkę z dzieckiem w roli głównej. Szybko okazuje się jednak, że świat W drodze do mamy ma znacznie mroczniejszą stronę.

Kolorowa kreska i wygląd Moriego mogą sugerować historię skierowaną przede wszystkim do młodszych czytelników. Tymczasem treść potrafi być naprawdę niepokojąca. I właśnie ten kontrast działa bardzo dobrze. Słodki bohater, kolorowe kadry i bardzo nieprzyjemne elementy świata tworzą atmosferę przypominającą historie, które początkowo wyglądają jak bajki, ale po pewnym czasie pokazują swoją drugą, znacznie ciemniejszą twarz.
Na szczęście seria nie jest przez cały czas ponura. Gomyang przeplata dramat i zagrożenie scenami humorystycznymi, przede wszystkim dzięki Moriemu i jego sposobowi postrzegania świata. Dzięki temu pierwszy tom nie staje się przytłaczający. To ważne, bo historia o samotnym dziecku podróżującym przez brutalny świat bardzo łatwo mogłaby stać się przesadnie depresyjna.
Największym problemem jest chyba to, że pierwszy tom bardziej rozpoczyna historię, niż ją rozwija. Dostajemy sporo zagadek, ale niewiele odpowiedzi. Jeżeli ktoś oczekuje po pierwszym tomie wyjaśnienia zasad świata i historii Moriego, może poczuć niedosyt. Druga rzecz to specyficzny ton. Nie dajcie się zwieść kolorowej oprawie i dziecięcemu bohaterowi — to nie jest po prostu beztroska manga dla najmłodszych. I wreszcie: ponieważ całość ma tylko dwa tomy, pierwszy tom siłą rzeczy zostawia sporo rzeczy nierozwiązanych. Drugi tom ma więc bardzo ważne zadanie — musi nie tylko kontynuować podróż, ale również odpowiednio domknąć tajemnice. Z niecierpliwością na niego czekam.
Ocena: 7/10
Za możliwość przeczytania i zrecenzowania mangi chciałbym podziękować wydawnictwu Waneko.
We własny egzemplarz możecie zaopatrzyć się pod poniższym linkiem: https://sklepwaneko.pl/manhwa/waneko/w-drodze-do-mamy/17671-w-drodze-do-mamy-01-arkusz-naklejek-9788383894720.html

