Wiosna w 2026 roku zaoferowała sporo różnorodnych animacji prosto z Japonii. Wśród bardzo wielu tytułów, tylko jeden zapisał się jednak w mojej pamięci tak mocno, że bardzo ciężko będzie mi wytrzymać bez poznania jego kontynuacji. Miłośnicy historii z pewnością go polubią, gdyż zmyślnie zmienia znaną nam rzeczywistość, tworząc coś zupełnie nowego, a jednak mocno ugruntowanego w losach Japonii. Gorąco zachęcam do zapoznania się z Nippon Sangoku: Trzy narody Wschodzącego Słońca.
W końcu coś, co zdecydowanie wyróżnia się na tle konkurencji. Przede wszystkim poważniejszym tonem i dramaturgią, ale także polityczno-historycznym zacięciem. Właśnie z tym będziecie mili do czynienia, gdy załączycie platformę Prime Video i wybierzecie Nippon Sangoku: Trzy narody Wschodzącego Słońca. To alternatywna historia Japonii, której akcja osadzona jest w postapokaliptycznej (lub może raczej postkryzysowej) rzeczywistości, a kraj podzielony został na trzy rywalizujące ze sobą narody.
Co ma nam do zaoferowania anime od studia Kafka? Intrygi, bitwy i dylematy moralne, a to tylko początek. Widzowie lubujące się w wojennych produkcjach, w których strategia odgrywa nie lada rolę, a także w politycznych dramatach, szybko powinni dać się wciągnąć. Właśnie w takich obszarach porusza się bowiem ten serial, jedna z najciekawszych tegorocznych nowości, która pod wieloma względami daje nam do myślenia, także o przyszłości naszego kraju.
Wgłębiając się nieco bardziej w fabułę, po wielkim kryzysie (wojna, katastrofy naturalne i nieudolne rządy) Japonia rozpada się na trzy państwa walczące o dominację. Głównym bohaterem Nippon Sangoku jest Aoteru Misumi – były urzędnik rolny, który po morderstwie żony postanawia walczyć o pokój i zjednoczenie kraju. Jego ukochana wierzyła bowiem, że dzięki jego talentom można tego dokonać. Nie mamy tu zatem historii o zemście, choć w jakimś stopniu z nią mamy do czynienia. Wkrótce, nasz bohater dołącza do grona ambitnych dowódców, utalentowanych urzędników, ale także knujących i spiskujących polityków, starając się zrealizować marzenie swoje i swojej zmarłej żony.

Zacznijmy od tego, że pochwalić należy scenariusz, a ten oparty został na mandze pod tym samym tytułem. Fabuła jest niezwykle oryginalna i intrygująca. Tym bardziej, gdy wiemy przynajmniej co nieco na temat historii Japonii, do której nawiązuje serial i komiks, choć opowiada o alternatywnej wersji przyszłości. Podział Japonii na trzy narody jest świetnie przemyślany i daje pole do różnych politycznych manewrów, zdrad i sojuszy. Co odcinek możemy gdybać jak potoczy się dalej historia, która strona wykona jaki ruch, czy zdecydują się na otwartą wojnę, czy może będą działać w sferze czysto politycznej. Ilu widzów, tyle możliwych wizji, którymi możemy się wymieniać przed kolejnymi rozdziałami tej opowieści.
Anime pokazuje nam bardzo szeroką perspektywę, ale jednocześnie często przedstawia jak dany rozwój sytuacji może odbić się na konkretnych grupach. Co ciekawe, bohaterowie poruszają się w swego rodzaju szarej strefie. Nikt tak do końca nie jest czystym bohaterem czy złoczyńcą, choć już na początku zarysowane są różne strony, z którymi widzowie mogą się utożsamić. Bitwy mają strategiczny wymiar, nie koniecznie skupiając się na efektownych starciach, co dla mnie stanowiło miłą odmianę.

Bardzo interesująco przedstawia się fabuła serialu, ale nie byłaby ta intrygująca, gdyby nie barwni bohaterowie, którzy są jej częścią. Aoteru to nietypowy protagonista. Nie jest wojownikiem, ale bardziej myślicielem z wizją napędzaną przez osobistą tragedię. W zasadzie każdy z bohaterów, na których natrafia, ma własne motywacje i na dobrą sprawę nigdy nie możemy być pewni co do ich poczynań. Szybko przekonujemy się, że w tym środowisku każdy może każdego zdradzić. Generałowie i władcy mają wyraźnie zarysowane charaktery. W pamięć zapada zwłaszcza ekscentryczny, przebiegły i dążący po trupach do celu Denki Taira, trzymający w szachu cesarza i jego przeciwieństwo, generał Mitsuhide Ryumon, który dąży do uwolnienia kraju z korupcji, nepotyzmu i moralnej zgnilizny. To jednak tylko mały wycinek fascynujących postaci, które przewijają się przez 1. sezon.
Dynamika między frakcjami trzyma nas w napięciu. Niewiedza jaki będzie kolejny ruch danego narodu sprawia, że z wypiekami na twarzy wyczekujemy kolejnych odcinków. Cała warstwa fabularna i narracja wypadają w serialu po prostu świetnie. W ślad za tym idzie sama realizacja produkcji. Zadbano o wysokim poziom animacji, która zwłaszcza w przypadku bitew, japońskich krajobrazów, a także emocjonalnych fragmentów wypada naprawdę solidnie. No i nie zapominajmy o muzyce (w tym openingu od Tatsuyi Kitaniego), która rozbudowuje epicki klimat.

Niekiedy miałem problem z tempem akcji. Pod tym względem anime bywa dosyć nierówne. Niektóre odcinki skupiają się mocniej na dialogach i polityce, inne na samych starciach i realizacji zamierzonych planów. Czasem twórcy nie są w stanie dobrze zachować równowagi między tymi aspektami serialu. W kilku scenach bitew dostrzegłem też mankamenty w CGI, ale nie zepsuły mi one frajdy z śledzenia rozwoju fabuły. No i sam historyczny i polityczny kontekst część widzów może przytłoczyć, zwłaszcza na samym początku.
Nippon Sangoku: Trzy narody Wschodzącego Słońca to niezwykle ambitna i udana produkcja. Według mnie, zdecydowanie najciekawsza i po prostu najlepsza jak do tej pory w 2026 roku. Dało się dzięki niej odczuć powiew świeżości na wiosnę. Jeśli lubicie animacje o mocnej fabule i wątkach historycznych, to powinniście zainteresować się tym tytułem. Nie jest to może lekka rozrywka, ale niezwykle wciągająca i satysfakcjonująca.
Ocena: 8/10
